Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mela. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mela. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 grudnia 2019

jest Nadzieja ...

Co prawda nie odwracała głowy na widok wózków z bobasami i nie krzywiła się, napotykając na swej „drodze dojrzałej Kobiety” dzieci od 3 lat wzwyż, ale … w duchu cieszyła się, że te wczesne lata macierzyństwa ma już dawno za sobą. Owszem, były to piękne momenty na ścieżce jej życia, ale na tamte czasy. Nie na te, obecne. Poza tym, jak mogłaby się nimi cieszyć bez … - lekki skurcz chwycił ją za gardło i szybko odbiegła myślami w zupełnie inną stronę.

Listopad zbliżał się, przypominając o sprawach, o których starała się na co dzień nie pamiętać. Wywoływały niepotrzebne zmiany nastroju. Nie chciała tego. Czuła, że musi wreszcie zamknąć ten rozdział i rozpocząć nowy. W końcu czające się za ramieniem losu pół wieku nie musiało być takie straszne. A może miało jakąś magiczną moc. Może była to jakaś czarodziejska liczba. Chciała w to wierzyć. Stała bowiem już zbyt długo na „rozstaju”. Należało się wreszcie ocknąć, a przynajmniej podjąć ostateczną decyzję, dokąd iść. Westchnęła dramatycznie. Wygodna kanapa, z której tak się cieszyła, teraz wydawała się zbyt ogromna na jej potrzeby i przez to także … pusta. Oczywiście w tej rzeczywistości, bo w jej równoległej „alternatywie” – wyglądało to zupełnie inaczej.

„Skąd przyszedł jej do głowy pomysł, aby mnie zabrać do ZOO?” – to pytanie uparcie krążyło wokół jej głowy, choć minęła niecała godzina od momentu zakończenia rozmowy z córką. Nurtowało ją, bo dawno nie miała tyle problemu, aby domyślić się motywów działania swojego dziecka. Jedynego dziecka. Następcy. „Następczyni” – automatycznie poprawiła się w myślach. Ona swoje zadanie wykonała, choć nie było proste. Była zdziwiona tym, że się jej udało, bo jeszcze te … trzydzieści lat temu nie dopuszczała możliwości, że się na to zgodzi. Buntowała się. „Zmieniaj to, co jest możliwe do zmiany, a z tym, czego zmienić w danej chwili nie możesz, nie walcz. Przyjdzie czas, że Twoje „puzzle przeznaczenia”  wskoczą na odpowiednie miejsca. Pamiętaj, że Kobiety w naszym Rodzie są silne” – mawiała jej, dawno już nie żyjąca prababcia. Olimpia odnosiła czasem wrażenie, że tylko Ona chciała ją zrozumieć tak naprawdę. Jakby łączyła je wyjątkowo silna moc – taka, która zdarza się wyłącznie w opowieściach snutych w gronie mniejszych lub większych społeczności. Czuła, że prababcia Marianna kocha ją tak, jak nikt inny by nie był w stanie ...

Dla niej, było niemal cudem, że staruszka dotrwała tak sędziwego wieku, jak 103 lata, zachowując jasność umysłu lepszą, niż ludzie o połowę młodsi. Te jej kojące zielone oczy pozostały bystre do ostatniego oddechu. Olimpia wiedziała to najlepiej. W końcu była przy tym, gdy najstarsza w rodzie zamknęła na zawsze rozdział życia swojego ciała na tym świecie. Co do ducha, to Ola – jak lubiła skracać swoje imię – nie była pewna. W rodzinie od dawna wyznawano teorię reinkarnacji, a magia oplatała ich mniej lub bardziej delikatnie. Ona sama też miała pewne „moce”. Jednakowoż, nie lubiła ich używać za często. Nie wszystkie w Rodzie potrafiły to uszanować, a od zrozumienia dzieliła je niemal przepaść. Trzymały się jednak przekazywanych z pokolenia na pokolenie zasad. One co prawda też musiały się trochę zmieniać, bo świat szedł naprzód, a ludzie wciąż żyli nadzieją odkrycia wszystkich tajemnic wszechświata.  Szkoda, że nie zastanowili się, co będzie wtedy, gdy je rozgryzą … Poza tym źle się czuła z myślą, że mogłaby manipulować życiem tych, którzy byli inni od niej. To byłoby bardzo nie w porządku wobec nich. Czasami dopuszczała jednak odstępstwa od wpojonych tradycji. Najczęściej robiła to w jakimś szczytnym celu – oj, tak … wtedy nie miała skrupułów. Potrzebowała czasem pomóc tym, których lubiła, szanowała i kochała.

„Co się stało, że zadzwoniła tak nagle? Czyżby … ?” – kolejne pytanie bez odpowiedzi, niebezpiecznie zawisło w powietrzu. Po chwili jednak słaba nadzieja, która zakiełkowała w jej sercu, poczuła się trochę pewniej i zaczęła zagarniać coraz więcej miejsca – także w głowie. „Cóż, nie dowiem się tego, jeśli zostanę w domu”- pomyślała i spojrzała na stojący na szafce pękaty zegar. Lubiła go, choć budził też trochę bolesnych wspomnień. Miała półtorej godziny, aby podjąć ostateczną decyzję. Wstała z kanapy i wyjrzała przez okno. Niebo szykowało jakieś niespodzianki. Czuła to. Słońce droczyło się z chmurami, a może przeciwnie – to one z nim. Do tego wszystkiego jeszcze wiatr nie mógł się chyba zdecydować, czy chce mu się angażować w te „przepychanki” na nieboskłonie, czy jednak nie. Westchnęła raz jeszcze, po czym ponownie usiadła na kanapie. Głowa niby w obłokach, ale w otoczeniu stad różnych myśli. Była tym zmęczona. Nie chciała już doznawać zbyt gwałtownych emocji. Czyżby powoli przekraczała jakąś magiczną granicę? A może jednak traciła siły z zupełnie innych powodów? Długo trwało, zanim przyznała przed samą sobą, że ostatnio brakowało jej motywacji. Do czegokolwiek …


„Co ja sobie myślałem? Wariuję chyba na stare lata” – Olaf stał przy wejściu do Ogrodu, czekając wraz z innymi, aby kupić bilety. Kolejka posuwała się wyjątkowo wolno, choć niby były czynne dwie kasy. Ta powolność nie byłaby w sumie nawet taka zła - dawała szansę, aby odwlec moment zawodu. Jednak towarzystwo dwóch rozbrykanych kilkulatek, do którego nie był specjalnie przyzwyczajony, był trudny do zniesienia. Rozglądał się więc nerwowo nie wiedząc, czy i jak radzić sobie z czasem. Nie był przyzwyczajony do odmowy ze strony kobiet. Nawet tych w jej wieku. Miał świadomość, że jest wciąż całkiem atrakcyjnym mężczyzną. Na różnych polach – wyglądu, tężyzny fizycznej, doświadczenia, majętności i … czaru, który niewątpliwie posiadał, jak każdy facet w jego Rodzie.

Był dumny ze swojego pochodzenia. Na tyle, że kiedyś to uczucie uderzyło mu lekko do głowy i się totalnie zapomniał. „Dałeś się ponieść, stary” – zwrócił się w myślach, do samego siebie. Wzrok automatycznie powędrował na podskakującą obok niego jedną z dziewczynek. Miał podejrzenie, że jego wnuczka w jakiś przedziwny sposób i wbrew niejako naturze, przejęła część rodowej mocy. Była inna. Fascynowała go. Może dlatego tak chętnie zgodził się na odnowienie swoich kontaktów z córką. Dzięki nim miał możliwość obserwowania Zuzy. Co zrobi z tą wiedzą? Jeszcze nie wiedział.

Zadumał się na chwilę. Nagle poczuł delikatne szturchnięcie mężczyzny w zbliżonym do siebie wieku, stojącego za nim wraz z podobnym kilkulatkiem – ale jednak tylko jednym. Na dodatek - chłopcem. Co prawda lekko naburmuszonym lub wręcz urażonym faktem, że on tyle musi czekać wraz z innymi, ale jednak jakimś męskim potomkiem. Pomyślał o Łukaszu, ale zaraz uwaga skupiła się na poprzednich rozważaniach. Co go opętało, aby dobrowolnie zgodzić się na spędzenie sobotniego wczesnego popołudnia w towarzystwie czyichś przyszłych żon? Te małe kobietki mogły się kiedyś przecież nimi stać. Zadrżał. Sam nigdy się nie ożenił, choć niewiele zabrakło, by zmienić ten status. Przynajmniej kilka razy.

Jak automat podszedł do kasy i uiścił stosowną opłatę. Za chwilę miał przejść ciężką próbę. Rozejrzał się po raz ostatni dookoła, po czym podał bilety mężczyźnie przy wejściu. Ten uśmiechnął się do całej trójki i życzył miłego pobytu. Olaf westchnął. Jak się można było domyślać, obie dziewczynki ledwo przekroczyły próg ZOO, pobiegły do najbliższego wybiegu. Był prawie pewny tego, że nie było dla nich aż tak istotne, kogo tam znajdą. Liczyło się tylko to, że będzie to po prostu zwierzątko. Żywe, tajemnicze, może nawet pierwowzór bohaterów jakiegoś filmu lub zabawkowych bożyszczy małych kobietek. W sumie jednak nie było w tym nic złego. Uważał, że najszczęśliwszy okres życia każdego niemal człowieka, to zapamiętane wspomnienia z dzieciństwa. On sam w ich wieku wierzył w różne dobre postacie. Jasne, zdecydowanie inne od tych dzisiaj prezentowanych na ekranach różnych nośników elektronicznych, ale … gdzieś tam zawsze pozostają jakieś punkty styczne. Na pewno tak było i tym razem.

Choć przekroczył „półwiecze”, nadal potrafił przywołać wspomnienia z tamtych lat – wyjątkowo szczęśliwych okresów jego życia. Teraz miewał jego zaledwie namiastki. Nie chciał jednak narzekać, tylko starał się jak najbardziej świadomie cieszyć tymi chwilami. Najważniejsze, że mógł wciąż ich doświadczać. Rozumiał więc te dwie drobne panienki. Może dlatego zgadzał się czasem, by owijały go wokół swoich szczuplutkich paluszków. Na dodatek, nic nie chciał z tym robić – rozczulał go widok słodkich dziecięcych minek, a ich sporadyczne „damskie fochy” bardziej rozśmieszały, niż irytowały. Pozwolił więc – im na radość i swobodę, a sobie na to, aby jednak delikatnie lustrować wzrokiem otoczenie.

Nie miał numeru jej telefonu – jakoś nie złożyło się, aby z prawdziwą galanterią go zdobyć. A on miał się za 100% gentelmen’a. Tak był wychowany. Z tego choćby względu dopuszczał możliwość, że nie potraktuje propozycji wspólnej wycieczki poważnie. Nie zamierzał jej podrywać – coś mówiło mu, że nie zasługuje na taką przygodną znajomość z nim. Nie chciał jej w żaden sposób skrzywdzić, a to czasem mu się jednak zdarzało – brakowało mu niekiedy świadomości skutków własnych wyborów. Tym niemniej coś jednak „zmusiło” go do tego, aby rozstając się z nią poprzedniego dnia, wyjść z taką właśnie propozycją – spędzenia wspólnie paru sobotnich godzin.

Otrząsnął się ponownie z rozmyślań. Należało zaopiekować się dzieciakami, które oczywiście już pobiegły gdzieś dalej. Gdzie? Rozejrzał się. Nie był zdenerwowany tym ich zniknięciem tak, jak wczoraj, w przypadku Zuzki. Zaaplikował sobie mały wdech i ruszył drogą ozdobioną strzałkami. Okazało się, że dokonał właściwego wyboru, gdyż już po chwili ujrzał swoje podopieczne przed klatką z jaszczurkami.
- Oli, zobacz jakie one śmieszne! – cienki głosik wydobył się z jednej z postaci i poczuł małą rączkę, ciągnącą rękaw jego sztruksowej marynarki.
- A co takiego w nich zabawnego? – Olaf lekko się wzdrygnął. Nie był pewien, czy tę reakcję wywołał zwrot, którego użyła wnuczka, czy to obraz gada tak na niego podziałał. Nerwowo zaczął obracać w myślach tytuły dziecięcych bajek. Od niedawna namiętnie je zgłębiał, aby móc w jakimś momencie zaimponować Zuzce. Żaden niestety nie kojarzył mu się z jaszczurką.
- Dziadku – Zuzka zdała sobie nagle sprawę, że lekko przesadziła ze swoją bezpośredniością wobec starszej od siebie osoby. Refleksja przyszła na szczęście wystarczająco szybko. Zanim Olaf wydobył jakikolwiek dźwięk z siebie, już złapała go drugą rączką za rękaw. Musiała jakoś odwrócić jego uwagę od siebie. W końcu nie zamierzała odkrywać, bądź co bądź obcemu sobie mężczyźnie własnych tajemnic. Niby był jej dziadkiem, ale tak naprawdę pojawił się w jej życiu zaledwie pół roku wcześniej. Mama nigdy o nim nie opowiadała. Wyjątkowo umiejętnie też wykręcała się od udzielenia określonej i jasnej odpowiedzi na pytania o niego. Próbowała jeszcze wypytać babcię Tessę, czyli matkę swojej mamy, ale ta też jakby … „nabrała wody w usta”.
Niekiedy odnosiła wrażenie, że te wszystkie rodzinne lub rodowe tajemnice muszą pozostać ukryte przed nią tak długo, aż osiągnie pewien wiek. Tylko nie była pewna, ile to mogło być właściwie lat. Dziesięć? Piętnaście? Osiemnaście? Nie mogła się doczekać, kiedy nadejdzie jej dzień i smak „dorosłości” pozna i ona. Zamrugała szybko powiekami i skupiła się na Olafie. Czuła, że jest inny i to sprawiało, że starała się jeszcze bardziej kontrolować swoje zachowanie.
– Tym razem chodzi o postać z książki. Takiej całkiem niezwykłej… Wiesz dlaczego? Ta książka naprawdę pomaga. A główna bohaterka nazywa się …. – nagle jej słowa zostały zagłuszone przez pisk koleżanki. Na szczęście wyłącznie z zachwytu co prawda, ale jednak dźwięk rozproszył go na tyle, że nie był pewien, czy dobrze zrozumiał imię postaci, której trzecia część przygód miała wkrótce ukazać się na rynku wydawniczym. Zresztą teraz ważne było tylko to, że zwierzątko podbiło jej serduszko. Podejrzewał, że uważała je za niezwykle przyjazne małym ludziom. Takie w końcu bywają bajki dla małych dzieci, wyczarowują im zawsze takie opowieści, w których można liczyć na szczęśliwe zakończenie.
Może znowu zamyśliłby się na dłużej, gdyby naraz powietrze nie zawirowało od przeciągłego skrzeku papug w oddali. Dziewczynki, jak na sygnał odwróciły się i pobiegły w tamtą stronę. Nie miał więc czasu na zastanowienie. Pożegnał wzrokiem jedną z „gadzin” i skierował kroki do klatek, skąd dochodziły nawoływania tych barwnych ptaków. W jego ocenie niesamowicie pojętnych – miał kiedyś okazję przekonać się, jak szybko potrafią się uczyć.

„Muszę zobaczyć na własne oczy tę jaszczurkę. Poszperam w necie w wolnej chwili.” – przyrzekł sobie w duchu. Przytomniejszym wzrokiem objął najbliższe otoczenie Ogrodu i wtedy … Raptownie się zatrzymał, zapominając zupełnie o wszystkim, co zaprzątało jego umysł chwilę temu. Kątem oka dostrzegł ją wśród innych. Przynajmniej taką miał nadzieję. Chciał jej podziękować za pomoc Zuzce – w końcu wcale nie musiała tego robić. Wyglądała tego dnia na zmęczoną, a jednak nie odmówiła prośbie małej dziewczynki. Najbardziej chyba ujęła go … jej kruchość, pod którą niewątpliwie czaiła się jakaś bliżej nieokreślona moc. Czuł to. Ta siła przyciągała go do niej. Zdjął słoneczne okulary, aby mieć lepszy widok. Tak, niewątpliwie zbliżała się do niego.

Nie była jednak sama. Towarzyszyła jej równie wysoka, ale trochę starsza kobieta. Siostra? Przemknęła mu ta myśl przez głowę, bo łączyło je pewne podobieństwo w rysach twarzy, figury, sposobie poruszania się. Szły obok siebie, obydwie niezwykle piękne. Zajęte rozmową. Dużo by dał, aby dowiedzieć się o czym tak rozprawiały z uroczymi uśmiechami na swoich delikatnych obliczach. Słońce oświetlało ich sylwetki od tyłu, nadając im jakiegoś magicznego blasku. Przypominały mu Anioły, które nagle zeszły z niebios, aby wypełniać swoje "powinności" wobec ludzi. Chciał jak najszybciej przywitać się z nimi i poznać bliżej towarzyszkę Meli. Musiał jednak najpierw odnaleźć dziewczynki. Miał nadzieję, że jednak zostanie zauważony – podniósł wysoko rękę i pomachał nią energicznie. Potem szybko się odwrócił i odszedł.

„Od dziś kocham papugi najbardziej ze wszystkich ptaków” – obiecał sobie zmianę poglądów po tym, jak ujrzał Zuzkę i Majkę przy klatkach. Fakt, że paleta kolorów ptasich strojów zasługiwała na podziw. Szczególnie w oczach kobiet - nawet tych bardzo małych. Tylko, że nigdy nie było wiadomo, jak długo może on potrwać. Zachwyt pojawiał się znienacka i znikał równie szybko. Trudno było go utrzymać dłużej, niż kilka chwil. Czasem obserwował zachowania innych dzieciaków i coraz częściej dochodził do wniosku, że te małe żywiołowe postacie są z innego świata. Nie nadążał za nimi. Taka była prawda.
- Zuzka, a może wrócimy do jaszczurek? – zaproponował znienacka.
- Eeee … nie, tu jest ciekawiej – odezwała się, nie odrywając wzroku od jakiegoś większego ptaszyska.
- Majka, a może ty chciałabyś zobaczyć raz jeszcze bohaterkę tej książeczki? – postanowił się nie poddawać, tylko zmienić taktykę.
- Cziczi? – Majka „złapała przynętę” i na moment oderwała wzrok od ptaków. – Nie, jednak też podziękuję – odpowiedziała i powróciła do papug.

„No, masz … i co mam teraz zrobić?” – zmartwił się brakiem planu. Ten stan smutku szybko na szczęście rozproszył dźwięk słów i delikatny dotyk, który poczuł na ramieniu. Mela najpierw przywitała go serdecznie, a potem zaczęła mu przedstawiać tajemniczą nieznajomą. Na tych komunikatach pragnął skupić się najbardziej. Musiał przecież dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Od chwili, gdy ją zobaczył w promieniach jesiennego słońca, jakaś struna drgała wciąż w jego sercu i umyśle. To uczucie nie było mu znane i aż zabrakło mu na moment tchu. Wzruszenie odebrało mu na ułamki sekund jasność umysłu. Jeszcze bardziej zaczął się obawiać. Najbardziej tego, że ta kobieta nie zwróci na niego uwagi lub – co gorsza, dostrzeże w jego oczach dotychczasową „płytkość” relacji z płcią przeciwną. „Ciążą stare grzeszki, co?” – sumienie nieoczekiwanie poderwało głowę i nie dawało o sobie zapomnieć.

- Ach! Cóż za wspaniała niespodzianka! – wykrzyknął tylko teatralnie, aby zwrócić swoim zachowaniem zainteresowanie Zuzki. Czuł, że „odsiecz” ze strony wnuczki jest mu teraz wręcz niezbędna. W końcu więzy krwi coś powinny i dla niej znaczyć, czyż nie? Miał taką nadzieję.
Nie zawiódł się. Dziewczynka widząc swojego „żołędziowego Anioła” – bo taki przydomek zyskała młodsza z kobiet od dnia poprzedniego – oderwała się od papug i uradowana zawisła jej na szyi. Dobiegł go jeszcze przenikliwy pisk, aż ponownie zabolały go uszy. Mimowolnie wykonał ruch, aby ochronić te swoje wyjątkowo wrażliwe na dźwięki części ciała. Nie uszło to uwadze starszej z kobiet, która na ten gest lekko się uśmiechnęła. „Pierwsze lody” zostały przełamane. Potem, nie wiadomo kiedy, minęły dwie godziny.

Dostrzegł, że dziewczynki powoli traciły siły. Należało więc pomyśleć o zakończeniu sobotniej wycieczki. Olaf czuł się rozdarty. Sam odczuwał pewne zmęczenie, a jednocześnie pragnął pozostać dłużej w towarzystwie Olimpii. Jak się okazało nie starszej siostry Meli, a matki. To zwiększało szansę na kontynuowanie znajomości. Byli bardziej zbliżeni wiekiem, mogli mieć podobne doświadczenia życiowe – zauważył, że nie nosiła obrączki, tylko drobny, wręcz skromny pierścionek na serdecznym palcu lewej ręki. Liczył, że ten dzień nie zakończy tworzącej się relacji. Chciał więcej.


Miała świadomość jego zewnętrznej atrakcyjności, a także i tej … wewnętrznej. Na początku była trochę zła na córkę, że nie zdradziła jej prawdziwych motywów wspólnego wyjścia. Potem jednak obecność rezolutnej wnuczki Olafa i jej koleżanki osłabiła tę emocję. Z każdą minutą wspólnego spacerowania po Ogrodzie przekonywała się też do mężczyzny. Mimo początkowych obaw nie miała poczucia, że stosuje jakieś „tanie chwyty”, aby ją poderwać. Nie dla niej samej oczywiście, tylko tak bardziej chyba dla … sportu.

Zdarzało się jej poznawać podobnych facetów. W ich źrenicach można było dostrzec, że mimo upływających lat, wciąż mają tą samą - niezrozumiałą potrzebę. Udowadniania sobie i innym, że ich urok wciąż działa na kobiety. Nie szukała takich znajomości. A może wciąż nie była gotowa na żadne. Choć coraz częściej dokuczało jej poczucie osamotnienia. Nie była do tego stanu przyzwyczajona. Potrzebowała towarzysza podróży. Kogoś, przy kim mogłaby swobodnie się czuć, wyrażając swoje opinie lub opowiadając o swoich planach. Bo takowe znowu miała. Dość ambitne zresztą.

Do niedawna traktowała pojawiające się w jej życiu zmiany, jako karę. Nie wiedziała co prawda, z jakiego powodu miałaby ją otrzymać od losu, ale … z odczuciami trudno było walczyć. Za dużo spraw poszło nie tak. Inaczej je sobie wymarzyła. Ukochane mieszkanie przestało cieszyć, choć nadal lubiła do niego wracać, by odnajdywać tam kojącą, ale ulotną obecność Piotra. Praca, którą sobie wybrała, zaczynała coraz bardziej męczyć. A przecież do emerytury pozostawał jeszcze całkiem pokaźny „szmat czasu”. Wizja tkwienia w tym samym miejscu przez kolejne lata, a może i kolejną dekadę jej życia, przerażała. Nieznane pociągało.

Z bilansem coś było jednak nie w porządku. Ciągle coś w nim się nie zgadzało, przynosząc kolejne zaskoczenia. Miała nadzieję, że te najistotniejsze sprawy ułożą się już niedługo. Była gotowa zaryzykować. Tylko, czy wystarczy jej odwagi, aby iść za ciosem i zmienić także coś w swoim życiu prywatnym? Nie była tego pewna. Co prawda, niby wyczuwała, że ten spacer może być dla niej przełomowym zdarzeniem, a jednak … miała masę wątpliwości. Pytanie, czy też prośba Olafa o podanie jakiegoś kontaktu do siebie, wywołała w niej panikę. Zamarła na dłuższą chwilę, a świat jakby zatrzymał się razem z nią. Może nie trwało to tak długo. Wystarczyło jednak, by Mela zadecydowała niejako za nią, dyktując numer jej komórki. Gdy skończyła to robić, filuternie na nią jeszcze spojrzała i puściła oko.

„Jak ja ją wychowałam? Jak mogła mi to zrobić?” – kolejne pytania pojawiały się i znikały, aby ponownie o sobie przypomnieć. Zostawiła w przedpokoju jesienne półbuty i weszła do salonu. Oparła głowę o zagłówek kanapy i przymknęła oczy. Gdy to zrobiła, niemal natychmiast pojawił się pod powiekami obraz Olafa. Leciutko się wzdrygnęła na ten widok i raptownie otworzyła oczy. Podeszła do okna i przystanęła tam na dłuższą chwilę, zapatrzona przed siebie. Natura fascynowała.

Jakiś nagły impuls przywrócił ją do rzeczywistości. Odszukała wzrokiem swój notes z okładką w odcieniu butelkowej, lekko zgaszonej zieleni i otworzyła go na przypadkowej stronie. Sięgnęła po ulubiony długopis i powoli zaczęła dzielić się słowami …

z niepokojem
wyglądam przez okno
obserwując
zmagania słońca z chmurami

- Uda Ci się,
na pewno Ci się uda! -

mruczę pod nosem i …
tylko -
sama już nie wiem
komu
bardziej kibicuję
słońcu, czy sobie …

Foto: Anna Gawryszewska - Pierwszy Oficer na pokładzie projektu "Rok w Lanckoronie", a jednocześnie niezwykle wrażliwa na urok świata Kobieta, która potrafi zatrzymać 'ulotne chwile'



poniedziałek, 25 listopada 2019

w obawie przed ...

Przekręciła klucz i oparła się całym ciężarem swojego, prawie trzydziestoletniego ciała o drzwi mieszkania. Pustego – nie licząc jej osoby – na kolejne dni. Czuła się dziwnie. Nie umiała się zdecydować, jakie właściwie odczucia przeważają w jej sercu. O jej uwagę zabiegały bowiem dwa odmienne stany. Jeden sugerował smutek, drugi natomiast kusił jakąś dziwną euforią. Nie wiedziała, któremu się poddać. Oba walczyły o nią równie mocno. „Żyj tak, jakby jutro miał się skończyć świat” – nieoczekiwanie w głowie pojawiły się dawno zapomniane słowa. Kiedyś były jej mottem, a dziś?

Nagle zapragnęła wreszcie zrzucić z siebie ten ciężar niepewności oraz stresu, jaki towarzyszył jej ostatnio i zawalczyć o siebie. Od dziś, od teraz. Zrzuciła pantofle, nie bacząc na to, że przyzwyczaiły się do pieszczot jej dłoni, troskliwie ustawiających je w osobnej, komfortowej przegródce szafki na buty. Zawiesiła bezwiednie na jednym z wieszaków sweter, nie zwracając uwagi na możliwość trwałych odkształceń, których zwykle unikała. Była tak zaabsorbowana swoimi emocjami, że te kwestie straciły dla niej znaczenie. Usiadła na fotelu i odetchnęła głęboko. Przymknęła na chwilę oczy, a pod powiekami pojawiły się obrazy z ostatniej godziny. Roześmiała się spontanicznie na wspomnienie siebie zbierającej w parku żołędzie. Wychodząc z pracy była zmęczona i przygnębiona. Wtedy nic nie wskazywało na to, że ten stan zmieni się tak radykalnie i to pod wpływem zupełnie obcej dziewczynki. W sumie to właśnie dzięki Zuzi wstąpiła w nią nowa energia i chęć do życia. Postanowiła jej nie marnować. Szczególnie, że obecnie mogła ze spokojem określić siebie mianem „pani swego losu”. Od dziś mogła robić wszystko to, na co w danym momencie naszła by ją chęć.
I właśnie wtedy poczuła, że znów potrzebuje poczuć na swojej skórze ten dotyk. Zerwała się z fotela i dopadła szuflady z bielizną. Jak w transie szukała palcami znajomego materiału. Chwilę później już trzymała go w dłoni, a potem szybko upchnęła w wygrzebanej w szafie torbie wraz z kilkoma innymi akcesoriami. Przepełniała ją radość na myśl, że już wkrótce znowu przekroczy próg miejsca, które przez kilka lat było jej tak bliskie. W pośpiechu pozbyła się krępującej biodra spódnicy i z dziką satysfakcją rzuciła ją w najdalszy kąt sypialni. Nie miała żadnych skrupułów. Usiadła na łóżku i z ulgą ściągnęła rajstopy.
Niestety na niektóre spotkania w pracy była zmuszona przywdziewać taki strój. Podobno dobrze działał na samopoczucie osób uczestniczących w cotygodniowych firmowych zebraniach. „Szkoda, że nie biorą mnie pod uwagę, ustalając takie zasady” – pomyślała, ale tym razem nie gryzła się tą refleksją zbyt długo. Myślami była już gdzie indziej, w biegu zakładając świeżo uprane, ulubione jeansy. Niezależnie od pory potrafiły się do niej idealnie dopasować, a ona czuła się w nich wyjątkowo dobrze. Szybko pożegnała się też ze swoją elegancką bluzką i wskoczyła w jeden z t-shirt’ów przyozdobionych jakimś napisem. W czasach „sprzed Kamila” często zdarzało się jej nabywać jakąś koszulkę z zabawnym tekstem lub rysunkiem. Przywdziewając taki strój odpoczywała od firmowego dress code’u, który ją czasem drażnił. A może była to forma jej prywatnego protestu … Założyła kangurkę w bordowym kolorze, a na koniec wcisnęła do torby ortalionową kurtkę. Nie była pewna co przyniesie jesienny wieczór.
„Lepiej być przygotowanym na wszystko” – pomyślała i znowu spontanicznie się roześmiała. Zamknęła drzwi, a klucz umieściła w zapinanej na suwak małej kieszonce. W pierwszym odruchu chciała podjechać samochodem, ale potem doszła do wniosku, że nie ma ochoty tracić czasu na szukanie dogodnego dla pojazdu miejsca. Szczególnie, że odległość nie była w sumie aż tak wielka. „Krótki spacer i będę na miejscu. Chyba, że złapię jakiś autobus” – rozważała, zjeżdżając windą w dół. Szczęśliwie droga wiodła w tym samym kierunku, więc miała czas, aby podjąć ostateczną decyzję. Nigdzie przecież się jej nie spieszyło. Nieoczekiwanie ta świadomość sprawiła jej przyjemność. Uśmiechnęła się do siebie. Wyszła z bloku i pomaszerowała przed siebie. Chwilę później w zasięgu jej wzroku pojawił się autobus. Wybór sposobu dotarcia na miejsce nasuwał się więc sam.
Droga człowieka i maszyny przecięła się w tym samym momencie, nie wymagając od żadnego z nich specjalnego dopasowania. W środku pozostało kilka wolnych miejsc. Poczuła, że jednak musi choć na chwilę usiąść. Z wrażenia, że znowu robi coś pod wpływem impulsu, przezwyciężając wypracowaną przez ostatnie trzy lata przewidywalność. Kamil lubił mieć wszystko zaplanowane i nienawidził wręcz  „spontanu”. Niemal histerycznie reagował na wszelkie zmiany, które zaburzały jego ustalony porządek dnia. A ona, nie wiedzieć czemu zgodziła się funkcjonować jak on. Stworzyła sobie własny scenariusz i trzymała się go uparcie, nie zdając sobie sprawy, jak wiele traci z życia. Słowa przyjaciółki – z którą notabene coraz rzadziej się spotykała – że zaczęła działać jak automat, kwitowała zwykle prychnięciem i odpychała od siebie jak najdalej. Teraz natomiast uświadomiła sobie bezsens własnego zachowania ze zdwojoną siłą. Zdecydowanie należało przeredagować swoje życie. Dziś, teraz, już. Była z siebie dumna, że właśnie to robi. Uśmiech ponownie ozdobił jej twarz.

Był zmęczony. Dobrze, że tym razem udało mu się przed 19.00 wyrwać z biura. Marzył, aby wreszcie zdjąć z siebie marynarkę, koszulę oraz krawat i wygodnie umościć się na kanapie, odpalając telewizor. Myśl, że w lodówce czeka na niego zimne piwo, dodawała otuchy. Miał mieszkanie tylko dla siebie, co oczywiście miało swoje minusy – szczególnie, gdy wspomniany sprzęt świecił pustkami na półkach, bądź dla odmiany straszył widokiem sera zmieniającego barwę jak kameleon lub jakiegoś warzywa, które nie wiadomo kiedy zmniejszyło radykalnie swoją objętość. Trzeba jednak przyznać, że te sytuacje zdarzały się coraz rzadziej.
„Jutro trzeba będzie znowu wybrać się na jakieś zakupy” – pomyślał w chwili, gdy autobus zatrzymał się na jednym z przystanków. Usłyszał, że drzwi się otworzyły, a potem ktoś lekko otarł się o jego kolano, sadowiąc naprzeciwko. Dopiero jednak po dłuższej chwili oderwał wzrok od widoków za szybą i beznamiętnie zwrócił twarz w stronę ‘intruza’. Nie przewidział, że poświęci postaci więcej uwagi, niż zwykle w takich sytuacjach i że będzie świadkiem fascynującej przemiany, dokonującej się na jego oczach. Twarz nieznajomej mu kobiety, rozświetlił bowiem nagle  uśmiech – jeden z piękniejszych, jakie zdarzyło mu się ostatnio oglądać. Zapatrzył się, tracąc na jakiś czas kontakt z rzeczywistością. W pewnej chwili nieznajoma złapała leżącą na jej kolanach torbę i skierowała się do drzwi. Z zaskoczeniem, ale i ulgą stwierdził, że to również jego przystanek. Wysiadł w ślad za nią i pozwolił nieznacznie się wyprzedzić. Chciał na nią popatrzeć, nie zwracając na siebie uwagi.
Kobieta poruszała się z jakimś hipnotyzującym wdziękiem, mimo niesionej na ramieniu torby, z której machał do niego zawadiacko kawałek materiału. Bez trudu domyślił się, dokąd zmierza. Nagle poczuł, że ma ochotę zrobić to samo. Mieszkał niedaleko, więc w krótkim czasie mógł pojawić się w tym samym miejscu.
„Może to niezły pomysł. Kanapa wszak może poczekać” – uśmiechnął się do własnych myśli i przyspieszył kroku. Piątkowy wieczór zaczął jawić się w innym świetle.

Z przyjemnością obserwował jej ruchy. Kiedyś musiała bywać tu częściej. „Może to jak jazda na rowerze. Tego się nie zapomina, choć czasem brakuje kondycji” – pomyślał, po czym skupił się na sobie. On też dawno tego nie robił, choć kiedyś sprawiało mu to wiele przyjemności. Nie mówiąc już o medalach, które przywoził z kolejnych zawodów. Nagle wyobraził sobie, że znowu w nich uczestniczy i z zapałem zwiększył obroty ramion. Odległość od kolejnej ścianki malała i już wkrótce należało zrobić nawrót, maksymalnie wykorzystując atuty twardej powierzchni. Oczywiście w czasach, gdy walczył o czas. Teraz nie musiał z nikim rywalizować, ale odczuwał jakąś irracjonalną potrzebę, aby dać z siebie maksimum – jak kiedyś. Wspomnienia podniosły poziom adrenaliny, pod wpływem której wystrzelił jak z procy, testując własną wytrzymałość. Kolejne metry pokonywał w jakimś dziwnym amoku, odliczając w ciszy kolejne pięćdziesiątki. Postanowił nieoczekiwanie zmierzyć się z jednym z bardziej wymagających dystansów. Czuł, jak woda wyciąga z niego całe znużenie dzisiejszym dniem, a może nawet tygodniem. W pewnej chwili zaczął być niemal wdzięczny nieznajomej kobiecie. Gdyby nie ten machający do niego z jej torby kawałek ręcznika, leżałby pewnie lekko podchmielony na kanapie, kontemplując swoją samotność. Gdy „pękła” ostatnia odliczana w myślach pięćdziesiątka zatrzymał się i głęboko odetchnął.
Owszem, odczuwał ogromne zmęczenie, ale to uczucie było zupełnie inne niż to, które towarzyszyło mu w drodze do domu. Było w jakimś stopniu nawet przyjemne i oczyszczające. Postanowił zrobić sobie przerwę i odpocząć w pobliskim jacuzzi. Po chwili już zmierzał w tamtą stronę. Miał chyba dziś fartowny dzień, bo siedziała w nim tylko jedna osoba. Była więc szansa na prawdziwy relaks. Dopiero gdy wszedł do ciepłej wody zauważył, że osobą dzielącą z nim tą niewielką w sumie przestrzeń, była kobieta z autobusu. Zdjęła czepek i jasne włosy ciasno przytuliły się do jej głowy. Miała przymknięte powieki i ten sam tajemniczy uśmiech na twarzy. Wyglądała na szczęśliwą, choć on miał niejasne wrażenie, że to ulotny stan. Utwierdził się niemal w tym przekonaniu, gdy nagle otworzyła oczy. Na ich dnie czaił się jakiś smutek. Chwilę później kobieta wyszła z wody.

Opuściła szatnię i skierowała się do holu. Wzięła do ręki suszarkę, aby odpowiednio zadbać o swoje niesforne blond kosmyki. Domyślała się, że już niedługo wpadnie w objęcia jesiennego wieczoru. Należało więc odpowiednio przygotować się na to spotkanie. Wkrótce naciągała ponownie swoją ulubioną kangurkę, przykrywając ją dodatkowo zabraną kurtką. Sprawdziła zawartość torby i poszła w kierunku wyjścia. Jej obawy okazały się niestety słuszne. Za drzwiami przywitał ją dość porywisty wiatr, którego zimny dotyk wzbudził w niej dreszcze. Odruchowo objęła się ramionami, zastygając na kilka sekund. Zaciągnęła wyżej suwak, poprawiła kaptur i ruszyła przed siebie.

Stał przed budynkiem i czekał aż wyjdzie. Nie był pewien, dlaczego to robi, bo przecież zupełnie jej nie znał. Zobaczył ją tego wieczoru pierwszy raz. Nie zamienili ani jednego słowa, więc nie miał pojęcia, kim właściwie jest. Odpalił papierosa, ale zrobił to, aby mieć argument pozostania w tym miejscu jeszcze przez jakiś czas. Czuł irracjonalną potrzebę spojrzenia na nią raz jeszcze. Po co? Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie – nie przychodziło mu do głowy żadne logiczne wytłumaczenie. Sam był zaskoczony własnym zachowaniem, bo od dawna nie pozwalał sobie na uleganie emocjom. Ocknął się, gdy pojawiła się na schodach. Widział, jak zadrżała pod podmuchem wiatru. Gdy tak stała przez chwilę nieruchomo, obejmując się ramionami, wydawała się taka krucha i samotna. Nieoczekiwanie wzruszył go ten widok, a w głowie – jakoś tak samoistnie – ułożyły się słowa ...


chciałbym
otulić Cię ciasno
sobą
– niczym ciepły koc
chyba wiem jak
źle znosisz
kaprysy aury jesiennej

mógłbym
rozproszyć spojrzeniem
swoim
– mam taką moc
i przegonić Twe widma
przypominające
o samotnej godzinie kolejnej

chciałbym
podarować Ci wreszcie
siebie
– choćby na jedną noc
odkryć własną wrażliwość
głęboko ukrytą
pod maską postawy biernej

mógłbym
zrobić to wszystko
ale …
obawiam się,
że takim wyznaniem
tylko Cię wystraszę …