Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzenie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 kwietnia 2020

POGAWĘDKA Trzecia

Siedzę tak sobie w tym „domowym areszcie” i myślę nad różnymi tekstami – co bardzo mnie 
w sumie cieszy, bo lubię te swoje ‘literackie wyzwania’. 
Aż, tu nagle … słowa – ni stąd, ni z owąd „łamią szyk” i na nowo łączą się w pary …
- a w mojej głowie już zaczyna krążyć piosenka pani Beaty Kozidrak - utwór „Siedzę i myślę”
Po chwili okazuje się, że umysł znowu ma dla mnie niespodziankę – podpowiada kolejne skojarzenie i już inny Jej utwór wkrada się w moje myśli, a mianowicie „Taka Warszawa”. Znajduję go z łatwością na jednym z kanałów. Jest naprawdę piękny …  wywołuje – przynajmniej u mnie – pewien specyficzny dreszczyk.

Jest jednakże jeszcze jedna wersja tego utworu, która wzbudza we mnie podobne emocje, jak opisane powyżej. Prezentuje ją na swoich koncertach Zespół, który – tak, jak żuławski projekt – skrada mi powoli inny skrawek serca i coraz więcej myśli. Pewnie już Niektórzy domyślają się, że oczywiście piszę tu o Sunset Bulvar, który – jak wynika z moich wcześniejszych „Pogawędek” – składa się w sumie z pięciu osób. Może już część z Was zauważyła wśród nich mały rodzynek – a może raczej … „rodzyneczkę”, gdyż osoba o której myślę, jest jedyną w składzie Kobietą.
Domyślacie się może, jak byłam spragniona rozmowy z Nią …

Paulina: Byłam już na trzech Waszych koncertach, za każdym razem w innym miejscu zresztą. Zdarzyło mi się wspomnieć w jednej ze swoich recenzji, że w mojej ocenie nie zawsze te warunki mogłyby być tak sprzyjające, jak tego oczekują występujący Artyści. 
Ani razu jednak nie zawiódł mnie Twój głos. Jest naprawdę niesamowicie silny, a zarazem posiada chyba sporą skalę. Masz świadomość jaki posiadasz skarb?
Jowita Hyska – wokalista Zespołu „Sunset Bulvar”
- Jeśli pytasz o to, czy mam jakiś „papier” pokazujący moje możliwości wokalne i skalę, to go nie mam i tak naprawdę nigdy mi nie zależało, żeby go mieć. Nie miałam też potrzeby nauki w szkole muzycznej, czy na uniwersytecie muzycznym, gdzie  mogłabym w pewien sposób potwierdzić moje umiejętności, czy wiedzę na ten temat. Jakoś nie czułam wewnętrznie, że jest to miejsce dla mnie. Śpiewam odkąd pamiętam. Na początku była to zabawa. Moja mama zapisała mnie i moją siostrę do Skierniewickiego Domu Kultury. Miałam wtedy … hmm – nie pamiętam, może z 6-7 lat. 
Razem z siostrą śpiewałyśmy i tańczyłyśmy w zespole. Ja zostałam, a moja siostra stwierdziła, że to jednak nie dla niej. Później zaczęły się konkursy i festiwale. Gdy miałam 12-13 stwierdziłyśmy z mamą, że czas zabrać się za tę moją pasję „na poważnie”, więc co tydzień jeździłam do Łodzi na lekcje śpiewu. Uczęszczałam na nie – hmmm ... nie wiem, ok 2 lata. Pośpiewałam jeszcze trochę na konkursach i na tym się skończyło. Później już była tylko moja samowolka 😄



- „Samowolka”? Na czym ona polegała?
- Konkursy się zakończyły, ale zaczęło się coś innego. Był zespół w czasach liceum, próbowałam też swoich sił w różnych castingach. Potem nastąpiła chwilowa przerwa, a następnie śpiewanie 
w zespole eventowym … Można powiedzieć, że ta „muzyczna samowolka” trwa do dzisiaj 😀

- Lubię przyglądać Ci się jak śpiewasz podczas koncertów, ponieważ widać na Twojej twarzy autentyczną przyjemność i radość. Czym właściwie jest dla Ciebie śpiewanie? 
- Jest czymś, co było ze mną od zawsze. Czuję się w tym pewnie. Mówi się, że jeśli lubisz swoją pracę, to jest ona dla Ciebie przyjemnością. Może to nie jest coś, co robię zawodowo, ale czuję faktycznie prawdziwą radość śpiewając – szczególnie, gdy publiczność żywo reaguje na nasze występy. Fajnie, że ją po mnie widać.


foto: Klaudia Balko


- W jakim repertuarze czujesz się najlepiej? Jeśli chodzi o gatunek muzyczny oraz język, 
w którym śpiewasz? 
- Szczerze mówiąc, nie mam konkretnego gatunku, który z jakichś względów preferuję. Podobnie jest z językiem. Wystarczy, że dany utwór ma „to coś” co usłyszę i poczuję.

- Cieszę się, że Wasz Zespół podjął współpracę z Robertem. Osobiście bardzo sobie cenię Jego twórczość liryczną, a przede wszystkim fakt, że używa w naprawdę ładny sposób języka ojczystego – jeśli wiesz, co mam na myśli. Autorskie teksty napisane przez mojego Kolegę są też po polsku, a Wam udało się wspaniale oprawić je w dźwięki. Wplatacie często te utwory do swojego repertuaru koncertowego. Lubisz je śpiewać i jeśli tak, to dlaczego? 
- Wierzę w coś takiego, jak "przyciąganie". Jeśli się czegoś bardzo chce i o czymś się myśli, to ... podświadomie się w tym kierunku działa. A wtedy to „coś” się w końcu wydarzy – po drodze spotka nas jakaś okazja czy osoba. Tak było z Robertem. Jak to się mówi: „Spadł nam z nieba”. Spotkanie było bardzo spontaniczne i niespodziewane. Pojawił się na naszym świątecznym występie w pewnym warszawskim pubie. Już nie pamiętam, jak do tego doszło, ale zaczęliśmy rozmawiać i wymieniliśmy się adresami mailowymi. Już wtedy mówił, że pisze i mógłby mi przesłać jakiś własny tekst. Pomyślałam, że warto spróbować. Pamiętam, że jak tylko go przeczytałam, od razu wpadł mi w ucho. Potem pojawiły się kolejne i tak nawiązaliśmy stałą współpracę. Lubię śpiewać te utwory. Przede wszystkim dlatego, że są nasze i przez to wyjątkowe i niepowtarzalne. A po drugie, z łatwością identyfikuję się z nimi – po prostu je czuję i jakoś one tak same płyną, kiedy je gramy.

- Podczas Waszego, jak się okazało ostatniego przed kwarantanną koncertu na Mokotowie w zaprzyjaźnionej w sumie chyba restauracji Bianco e Verde zapytałam Roberta, czy ma jakiś wpływ na wybór Waszego repertuaru, bo ja to chętnie przyszłabym kiedyś na wydarzenie, podczas którego wykonacie wyłącznie polskie utwory, oczywiście włączając w to, te wspomniane autorskie. Jest to możliwe? Kto może o tym zadecydować? 
- Czemu nie…  Utwory tak naprawdę wybieram ja. Głównie interesują mnie te, które są popularne i jakoś mam to przeczucie, że ludzie je znają. Jak się później okazuje, tak jest. Wiesz, ciężko jest oczywiście dopasować repertuar do każdego z osobna i do konkretnego miejsca  – tym bardziej, że nigdy nie wiemy, kto się pojawi na naszych występach. Uważam, że repertuar powinien być mimo wszystko zróżnicowany, bo spotykamy się z publicznością młodą i tą starszą – a każdy ma inny gust i słucha innej muzyki. Jednocześnie musi być trochę wyważony i nie nastawiony na coś konkretnego, chociaż tak jak na wstępie powiedziałam – czemu nie. Można zrobić kiedyś wydarzenie poświęcone tylko polskiej twórczości.



Koncert w "Bianco e Verde" - 8.03.2020


- Jak już wspominamy o decyzyjności. Jesteś jedyną Kobietą w Zespole. Czy masz poczucie, że Twój głos liczy się podczas Waszych rozmów/spotkań?
- Byłam jego pomysłodawczynią, więc myślę, że tak – a przynajmniej mam taką nadzieję (śmiech). A tak na serio, to uważam, że tak jest. Mam fizyczny wpływ na to, co się dzieję, więc mogę powiedzieć, że mój głos jest ważny.


- To teraz tak trochę prywatnie … Powiedz proszę, dbają Chłopaki o Ciebie? W jaki sposób?
- Dbają 😊 Nie mam zastrzeżeń i nie narzekam. Na którejś próbie nasz basista powiedział, że zawsze będzie moim „Zawiszą Czarnym” (śmiech). Pamiętam, że nieźle się wtedy z całym zespołem uśmialiśmy. W jaki konkretny sposób, to Ci nie powiem, bo wiesz … nie jestem małą dziewczynką, o którą jakoś specjalnie trzeba dbać 😏 ale wiem, że szanują mnie i mogę na nich polegać – gdybym potrzebowała pomocy, to bym ją dostała.

- Na Twoim profilu widnieje informacja, że ukończyłaś Akademię Pedagogiki Specjalnej, jak rozumiem na kierunku „Psychologia”. Muzyka – patrząc na Ciebie w trakcie występów – jest Twoją pasją. Co zamierzasz robić w życiu? 
- Jeszcze nie ukończyłam. Kończę dopiero w tym roku 😀 Studiuję psychologię, ale nie będę raczej rozwijać się w tym zawodzie. Prywatnie mogę powiedzieć, że pracuję w zupełnie innej branży i zawodowo jestem aktywna już w sumie od 6 lat. Oczywiście chciałabym wiązać swoją przyszłość ze śpiewaniem, ale wiadomo – różnie to bywa. Na razie próbuję zrobić to, co mogę, żeby jednak to marzenie się spełniło 😏



foto: Krzysztof Węgłowski

- Lekko poruszyłyśmy ten wątek wcześniej. Chciałabym jednak do niego powrócić. Czy jest jakaś data – choćby orientacyjna – która niejako odmierza długość czasu, od jakiego śpiewasz? Marzyłaś o tym jako dziewczynka, czy może zadecydował przysłowiowy „przypadek”?
- Daty nie mam, ale tak jak pisałam wcześniej – to jakiś 6-7 rok życia. Chodziłam po domu, śpiewałam oraz tańczyłam. Mama w końcu „wzięła sprawy w swoje ręce” 😀 i zaprowadziła mnie do miejskiego domu kultury. No i na tym jednak – jak widać  nie zakończyła się moja historia ze śpiewaniem, a wręcz przeciwnie. 


- Dołączając do Zespołu – a poniekąd pewien zarys historii jego powstania opowiedział mi Krzysztof – miałaś z pewnością jakieś Swoje oczekiwania. Możesz zdradzić jakie one były? Co chciałaś osiągnąć? 
- Na początku – nie ukrywam, że myślałam tylko o mnie i Krzysztofie w wersji akustycznej. Później jednak stwierdziłam, że byłoby nam chyba trochę muzycznie smutno i warto by było dodać jakiegoś perkusyjnego brzmienia w formie cajuna. Tutaj zadziałał już Krzysiek i jego znajomości. Później stwierdziłam, że fajnie by było, gdybyśmy dodali do tego wszystkiego jeszcze dźwięk basu. No i mamy, co mamy – nasz cały skład 😀 Wtedy nie myślałam jeszcze o autorskich utworach. 
Na początku chciałam po prostu zrobić repertuar, z którym moglibyśmy "wyjść w miasto" 😉. Reszta pomysłów przychodziła później.


- Masz poczucie, że się spełniasz? Większość osób o artystycznych talentach wspomina, że ważny jest dla nich własny rozwój. Starają się więc choćby uczestniczyć w różnego rodzaju warsztatach bądź też spotkaniach, podczas których mogą wymienić się kontaktami, wiedzą teoretyczną i praktyczną z innymi, niekiedy nawet - samymi Autorytetami w danej dziedzinie. Uczestniczycie, jako Zespół w takich wydarzeniach?
- Szczerze mówiąc, to niestety nie. Z mojej strony jest to po prostu spowodowane brakiem czasu. Praca, magisterka, studia, zespół, moje indywidualne projekty. Poświęcam dużo czasu na różne sfery. Teraz mam akurat taki moment w swoim życiu, ale nie zastanawiam się nad tym. Po prostu działam wtedy, kiedy tylko mogę.


- Myślicie o tym, aby wyjść z koncertami poza Warszawę? Gdzie chcielibyście wystąpić? Jakiś może festiwal? 
- Rozważamy 😀 Chociaż ja nie lubię za daleko wybiegać myślami. Z planami różnie bywa. Mam swoje doświadczenia, dlatego skupiam się bardziej na tym, co jest tu i teraz oraz na najbliższych celach, czyli w tym momencie na nagraniu naszych autorskich utworów. Zobaczymy, gdzie nas poniesie w późniejszym czasie.


- Wspomniałam o Krzysztofie, który pełni w Waszym Składzie rolę gitarzysty i jest chyba poniekąd Liderem Grupy. Wiem, że znacie się kilka lat także na gruncie muzycznym. Jak do tego doszło z Twojej perspektywy? Jak to wspominasz? 
- Poznałam go, gdy dołączyłam do zespołu eventowego. Miałam wtedy 19 lat. Jakoś od razu złapałam z nim dobry kontakt i bardzo szybko się zakumplowaliśmy – mimo zauważalnej różnicy wieku. Jestem osobą, która lubi się wygłupiać i okazało się, że Krzysiek też „nadaje na tych samych falach” (śmiech) no i tak wyszło, że znamy się i utrzymujemy kontakt do dziś.


- Gdy ktoś zajrzy do wpisu zatytułowanego "POGAWĘDKA Pierwsza" zobaczy tam kilka zdjęć, z których wynikałoby, że Ciebie i Krzyśka łączą także prywatnie fajne relacje. Oboje macie chyba poczucie humoru i pewien dystans do świata, a jednocześnie cenicie sobie pewne „poukładanie priorytetów”. Mam lekkiego bzika na punkcie czegoś takiego, jak znaki Zodiaku. Wybadałam już Krzyśka i wiem, że jest Bykiem. Możesz zdradzić, co najbardziej lubisz w swoim koledze? 
- O! ja nie wiedziałam … a może i wiedziałam, ale wypadło mi z głowy. Faktycznie, Krzysiek to typowy Byk (śmiech). Podoba mi się to, że ma do mnie cierpliwość – a do mnie naprawdę trzeba ją mieć 😏 Czasem jestem lekko zakręcona ze względu na ilość obowiązków i niekiedy tracę kontrolę nad tym, co się dzieje. Krzysiek jest tą osobą, co ogarnia i to w nim cenię – że potrafi mnie ustawić do pionu. Lubię z nim rozmawiać. Przegadaliśmy już naprawdę dużo godzin. Rozumiemy się i mamy swoje własne poczucie humoru, więc sprawia mi przyjemność żartowanie z nim. Jest kreatywny i zawsze chętny do działania. Doceniam w nim też to, że mimo wspomnianej różnicy wieku traktuje mnie na równi ze sobą. Ma do mnie szacunek, a ja do niego.


foto: Marcin Wesołowski

- Gdybym poprosiła Cię o podanie 2-3 cech, które podobają Ci się u pozostałych panów – włączając w to Waszego Managera, to co byś powiedziała?
- Marcin – wyluzowany, głodny wrażeń
- Marek – zakręcony, spontaniczny
- Krzysiek – żartowniś, charakterny
- Robert – opanowany, działacz



- Pracujecie obecnie nad autorskim materiałem, choć chyba teraz, gdy nie możecie spotykać się na próbach jest to utrudnione. Podobno idealna wersja jest taka, że nagrywacie płytę,
na której znajdzie się 10 utworów w ramach projektu „MANIA” – tak brzmi zresztą jeden
z utworów. Krzysztof wspomniał mi, że poważnie rozważana jest koncepcja, aby było to
w duchu „elektronicznego grania”. Podoba Ci się ten pomysł?
- Tak i żałuję, że na razie nie możemy grać ich w elektronicznej formie. Brzmią one wtedy zupełnie inaczej. Wersja akustyczna, to wersja bardzo okrojona, więc nie mogę się doczekać momentu, kiedy nagramy te utwory i ludzie będą mogli usłyszeć je w pełnej wersji. Uwierz, że jest to ogromna różnica. 


- Wiem, że miałaś już okazję tworzyć skład muzycznej formacji. Zdaję sobie sprawę, że tamte zespoły nie przetrwały próby czasu. Jaką przyszłość widzisz dla Sunset Bulvar 
i dlaczego tak uważasz? 
- Nie wiem jeszcze, jaka będzie ta przyszłość, ale wiem … że jakaś będzie. Czas pokaże. Jeśli każdemu z nas będzie tak zależeć, jak teraz, to będzie coraz lepiej.  

- Jakie są Twoje aktualne marzenia? Są związane głównie z płytą, czy również dotyczą zupełnie innych obszarów? 
- Z płytą i oczywiście z różnymi innymi aspektami mojego życia. Nie ukrywam, że robię też swoje indywidualne muzyczne projekty, trochę w innym stylu – bez zespołu. Na obecną chwilę lekko wszystko przyhamowało, ale za jakiś czas machina znowu ruszy i mam nadzieje, że wszystko pójdzie po mojej myśli 😃


- W takim razie ze swojej strony trzymam kciuki za to, aby większość z Twoich zamierzeń udało się urzeczywistnić. Dziękuję bardzo za tę sympatyczną pogawędkę i mam nadzieję, że wkrótce znowu się zobaczymy na jakimś Waszym koncercie.


wtorek, 31 marca 2020

POGAWĘDKA Druga

„Kwarantanna” w polskiej rzeczywistości wciąż trwa, a może jednak zmierza ku końcowi – oby!
Owszem, przyznaję że fajnie jest trochę posiedzieć w domu z laptopem na kolanach, ale …
nawet najbardziej ciekawe pogawędki poprzez znane komunikatory – jak choćby Messenger, WhatsApp, czy wreszcie (nowość dla mnie) Teams, nie zastąpią rozmowy na żywo.

Zaczyna mi brakować bezpośredniego – czyt. fizycznego (bez żartobliwej nie-jednoznaczności tym razem) – kontaktu z innymi Ludźmi. Szczególnie z moimi Znajomymi, których bliskie towarzystwo bardzo sobie cenię. Nie ma to jak spotkać się w sympatycznym miejscu i zwyczajnie pogawędzić. Na razie to jednak nierealne, więc …
W ramach spontanicznej inicjatywy pod hasłem: #mojaKwarantanna2020 i z braku możliwości uczestniczenia w próbie Zespołu Sunset Bulvar tym razem „wzięłam na spytki” indywidualne – Roberta …

Dawno nie mieliśmy okazji porozmawiać dłużej. A jeden temat szczególnie mnie ciekawił – współpraca mojego Kolegi ze wspomnianą wyżej, Grupą Muzyczną.

Paulina: 
- Na pierwszy w sumie – premierowy – koncert Zespołu Sunset Bulvar dotarłam wyłącznie dzięki Tobie. Pamiętam, że termin był grudniowy – jakoś tak prawie zaraz przed świętami. Wiesz co mnie przekonało, aby przyjechać do La Lucy?

Robert Baranowski – mówi o Sobie „Łowca uczuć”, pisze wiersze i teksty piosenek, od jakiegoś czasu wcielił się w rolę Impresaria Zespołu Sunset Bulvar , publikuje na stronie „Twórczość Roberta Baranowskiego”.
- Dogodna lokalizacja? 😏

Koncert Sunset Bulvar w La Lucy - grudzień 2019

- Owszem, miała znaczenie … Bardziej jednak zelektryzowała mnie Wiadomość, że napisałeś teksty mające stać się docelowo piosenkami nieznanego mi wtedy Zespołu. Domyślasz się dlaczego?

- Znałaś mnie dotąd jako poetę. Myślę, że byłaś ciekawa z jaką formacją postanowiłem związać swoje najbliższe plany.

- Też nie mogę tego potwierdzić w 100%. Nazwa Zespołu lub „trend muzyczny” niewiele
by mi powiedział, gdyż niespecjalnie rozeznaję się w Świecie Dźwięków. Nie chciałabym wykorzystywać sytuacji – a nuż, ktoś z nudów „posądzi mnie” o kryptoreklamę 😎 –
aby promować swój dawny projekt, jednak zbieżność zasad Twojej współpracy z Muzykami i idei pomysłu na „Zabawę z Piosenką” były dość dla mnie znaczące. Oczywiście byłam ciekawa efektu muzycznego (piosenek) oraz samych Twoich tekstów – są chyba inne niż te, które publikujesz na Swoim profilu lub stronie, prawda?

- Na moim profilu, a zwłaszcza stronie Twórczość Roberta Baranowskiego dzieliłem się jak dotąd treścią, która nawiązywała, czy też stanowiła moją największą życiową pasję - poezję. Jednakowoż teksty pisane dla Zespołu są w naturalny sposób wypadkową moich dotychczasowych eksperymentów ze Słowem.

- Na jednym z ostatnich spotkań literackich odpowiadałeś na pytanie, które brzmiało „Skąd wzięła się u Ciebie potrzeba pisania?” Możesz raz jeszcze udzielić informacji na ten temat?
- Ta potrzeba wypłynęła wprost z mojego serca, tych jego pokładów, które przechowują uczucia czy emocje towarzyszące mi w życiu codziennym. Wszystko zaczęło się na poważnie w 1995 roku. Wcześniej o tym nie myślałem. Czułem, że nie jestem na to gotów – zarówno mentalnie, jaki i warsztatowo. Stąd świadoma decyzja o zwłoce w publikacji. Z ciekawostek dodam, że mój debiut na łamach prasy literackiej ("Literacka Polska", Warszawa 2003) to zbiór "złotych myśli", a nie wybór wierszy. 
Spotkanie poetycko-literackie pt. "Psy na Baby" - 10.03.2020

- Masz jakieś swoje własne literackie Autorytety? Kogo i dlaczego? – jeśli można od razu prosić argumenty …
- Odnosząc się do klasyki, nie mógłbym nie wymienić Norwida, Baczyńskiego czy Grochowiaka. Spośród poetów zagranicznych to Blake i Rilke. Natomiast z poetów nam współczesnych
z przyjemnością wymienię Bohdana Urbankowskiego i wreszcie mojego Mentora - Jana Marszałka. Najbardziej przemawia do mnie - poza oczywistym kunsztem literackim - Ich wspólny mianownik, a mianowicie: emocyjność i nośność Słowa. To, co sprawia, że poddani lekturze doświadczamy autentycznych wzruszeń i refleksji, które są w stanie nas duchowo wzbogacić.



foto: Piotr Cieślak

- Społeczność ludzi piszących jest chyba dość … zamknięta i mam wrażenie, że częściej skupia głównie ludzi tworzących w obszarze liryki. A mówi się, że wierszy to już nikt nie czyta – po co je w takim razie powoływać do życia?

- Ludzie, którzy chwytają za pióro są różnorodni. Często niedoceniani, potrafią jednak sprawić,
że otaczająca nas rzeczywistość pachnie wiosną. A wiersze? To ziarna wrażliwości, zakiełkują podlane lekturą.


- Wydałeś chyba kilka tomików swoich utworów ... Planujesz następny? Od czego zależy decyzja?
- Dotychczas ukazały się cztery: "Fragment Poezji", "Fragment Poezji II", "www.k♀bieta.pl"
oraz "Z perspektywy płomienia...". Było też kilka Antologii, gdzie zamieszczone zostały moje wiersze obok innych autorów. Co do planów, to chciałbym jeszcze w tym roku wydać kolejny tomik. Zależy to w dużej mierze od możliwości zgromadzenia potrzebnych na ten cel funduszy. 



foto: Archiwum prywatne

- W jaki właściwie sposób dotarłeś do ludzi, dla których obecnie piszesz teksty piosenek?

- Wszystko zaczęło się dość zwyczajnie. Pojawiłem się na koncercie Sunset Bulvar w pubie Marcinek. Spodobała mi się Ich muzyka. Podszedłem i … „od słowa do słowa”... rozpoczęła się nasza współpraca. Ważne, by wiedzieć z czym wychodzi się do ludzi, jakie ma się intencje. Jeśli jest wspólnota celów projekt ma szansę odpalić. Tak było w naszym przypadku. 

- Opowiedziałeś o tym niemal w „telegraficznym skrócie” 😏 Opowiedz proszę coś więcej. Jak układa się Wasza współpraca? Jesteś zadowolony? Dlaczego? To chyba pierwszy taki Twój literacko-muzyczny projekt?
- Jesteśmy zgranym teamem - tak uważam. Każdy odpowiada za swoją działkę, czyniąc to z pasją i zaangażowaniem. Dla mnie to podstawowe kryterium. Mam już za sobą udane muzyczne projekty, jak choćby ten z Martą Gwiżdż czy Alteą Leszczyńską. Bardzo dobrze wspominam obydwa doświadczenia.
Dla Zainteresowanych podam może linki:
> efekt współpracy z Martą -  utwór „Ocean życia” oraz utwór „Epidemia” 
> piosenka Altei - utwór „Łowca serc”
Miło było usłyszeć komentarz od wspomnianej wyżej Artystki, która napisała tak:
„(…) skomponowałam muzykę adekwatną do tekstu. Przepiękny tekst autorstwa warszawskiego poety R. Baranowskiego moim zdaniem dotyczy ulotności uczuć, ale tu musiałby się sam autor tekstu wypowiedzieć. „(…)”

- Będzie więcej tekstów? Jeśli Grupie uda się nagrać pierwszą autorską płytę, to może zechcą pomyśleć o drugiej. Chciałbyś kontynuować z Nimi takie działania, jak teraz? 
- Co do tekstów, to mam nadzieję, że wena dopisze. Skupiam się na „tu i teraz”. Zależy mi bardzo na realizacji obecnego projektu i temu poświęcam obecnie czas i uwagę. A co do wspólnych projektów w przyszłości ... czas pokaże. 

- Faktycznie, czasem lepiej nie wybiegać zbyt daleko w przyszłość 😏 Możesz zdradzić, co dobrego wniosła do Twojego życia współpraca z Muzykami, takimi jak Ci z Sunset Bulvar? Czegoś się nauczyłeś? Czegoś nowego doświadczyłeś?
- Cóż, współpraca z Zespołem od strony zawodowej, to przede wszystkim wyzwanie. Staram się stanąć na wysokości zadania, choć nie jest tak łatwo pogodzić dwie funkcje, jakie objąłem - autora tekstów i managera. Na szczęście nie jestem w tym sam. Mam wsparcie ze strony całej Ekipy. Cieszy mnie też bardzo, że wymieniamy się pomysłami. To twórcza współpraca.

- Czy gdyby inna grupa Muzyków zwróciła się do Ciebie z prośbą o teksty dla nich, to jak byś zareagował?
- Na chwilę obecną nie wchodzi to w grę. Czuję się związany z Sunset Bulvar i nie mam tu
na myśli jedynie kwestii zawodowych. 


- Piszesz – lub może należy użyć sformułowania … już napisałeś teksty dla Zespołu. Twoja rola jednak na tym się nie kończy, ponieważ zgodziłeś się także być Ich Managerem, o czym sam wspomniałeś. Zgłosiłeś się na ochotnika, czy propozycja wyszła od Muzyków?
- Fakt. Teksty powstały i świetnie odnajdują się w mariażu z muzyką 😀 Niebagatelne znaczenie ma tu charyzma, talent i urok osobisty Wokalistki. Natomiast kunszt muzyczny męskiej części Zespołu dopełnia znakomicie całości. To mówię ja ... Baranowski Robert, manager drugiej klasy 😃 A co do nominacji na wyżej wymienionego - inicjatywa leżała po stronie Zespołu.

- Jak widzisz swoją rolę Impresaria? Jest łatwo, ciekawie i przyjemnie, czy bywa jednak,
że nie wszystko pomyślnie się układa? Tak, jak teraz, gdy trzeba było odwołać koncerty
z powodu kwarantanny?

- Rola Impresaria to krew, pot i łzy 😏 A mówiąc serio jest to odpowiedzialne zadanie, któremu staram się sprostać. Jeśli chodzi o przeciwności - chociażby z powodu kwarantanny - nie będą trwać wiecznie. Trzeba dalej robić swoje, nie oglądając się wstecz.

- Zespół obecnie kojarzy mi się z trzema miejscami w Warszawie – okolice Ronda ONZ
( La Lucy ), okolice Barbakanu ( U Pana Michała ) oraz Mokotów – ul. Bobrowiecka 10
( Bianco e Verde ). Skąd pomysł, aby zmieniać lokale? W jaki sposób dobieracie miejsca?

- Gramy w miejscach, które dobrze kojarzą się ludziom, jeśli chodzi o klimat i atrakcyjne spędzanie wolnego czasu. Takich, które dają możliwość pogodzenia spotkania towarzyskiego
z ofertą kulturalną. Z taką propozycją wychodzi właśnie Sunset Bulvar. 


- Czy podejmując współpracę z Zespołem uzgodniłeś ile czasu potrzeba, aby ten autorski materiał zyskał formę płyty? Kiedy można się jej spodziewać i od czego to zależy? 
- Projekt jest w fazie realizacji. Jesteśmy na etapie opracowywania materiału wymaganego
na płytę. 
Jedyne, czego w chwili obecnej potrzebujemy to odpowiedzialny, wiarygodny sponsor. 


Fot. Janamente - Just another Photopage

- Mam w takim razie nadzieję, że trafi tu do mnie na bloga Taka Życzliwa Dusza
😃  
i odezwie się do Ciebie. Czego mogłabym jeszcze życzyć Tobie i Muzykom? Jakie masz marzenia?
- Życzyć nam możesz konsekwencji, determinacji i ... tego, żeby było jak dotychczas, czyli „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Tylko wtedy mamy realną szansę spełnić nasze marzenia.  

- Bardzo dziękuję Ci za tę pogawędkę, choć … jeszcze wiele kolejnych pytań czeka na swój czas …
- Dziękuję Paulino za inicjatywę. Z przyjemnością odpowiem na kolejne 😀

środa, 25 marca 2020

POGAWĘDKA Pierwsza

Niedawno pozwoliłam sobie napisać – dość spontanicznie i otwarcie – o moich subiektywnych wrażeniach z kolejnego ICH koncertu.

Z przyjemnością będę powracać wspomnieniami do tego dnia i … cieszę się, że „COŚ” mnie jednak s-kusiło, aby pojawić się w ten niedzielny wieczór – na Mokotowie.
Myślę, że to mógł być znak od LOS-u 😎

Tego dnia mieliśmy wreszcie okazję, aby dłużej swobodnie pogawędzić. Nie przytoczę Wam dokładnie, jak brzmiała nasza rozmowa – przebiegła dość spontanicznie.
W skrócie wyglądała tak:

Paulina:
- Czy uwierzysz mi, jeśli przyznam, że ja naprawdę niezbyt dobrze poruszam się po Warszawie? Może nie powinnam się publicznie do tego przyznawać, ale … – jestem żywym dowodem na tezę, że … „Kobiety mają trudności z odnalezieniem się w terenie …”.
Tym bardziej się cieszę, że udało mi się pokonać własne „słabości” i zdążyłam na Wasz występ w uroczej przestrzeni neapolitańskiej restauracji .
Powiedz mi proszę, co lubisz w Warszawie? Dlaczego tu przyjeżdżasz? – nie mieszkasz i nie pracujesz przecież tu na co dzień.



Krzysztof Fenderecki - foto: archiwum prywatne

Krzyszfof Fenderecki – Lider Zespołu  Sunset Bulvar  ; Gitarzysta
- W Warszawie podobają mi się najbardziej ludzie, czyli osoby z mojego zespołu … ale nie tylko –  także ci, których na przełomie ostatnich lat udało  mi się poznać. I tu może małe sprostowanie  – na pewno nie wszyscy [ śmiech]. Podobają mi się także restauracje i knajpy oraz klimat warszawskiej Starówki.
- Dlaczego właściwie … gitara? Najłatwiej nauczyć się na niej gry, czy inne były przesłanki wyboru akurat tego instrumentu?

- To dość ciekawa – przynajmniej dla mnie historia 😀 Moja starsza siostra - harcerka, kiedyś przywiozła z jednego z obozów pożyczoną gitarę. Miałem wtedy z 7 lat. Gdy tylko udało mi się
po kryjomu (bo przecież zaraz bym popsuł) wziąć tę gitarę do ręki, coś zaiskrzyło między nami. Pamiętam ją dobrze – była siermiężna i od patrzenia na nią rozbolały by każdego dłonie. Jednak zaintrygował mnie ten instrument do tego stopnia, że zapragnąłem mieć swoją. Niestety były to lata 80 – jak ktoś pomięta, to wie, że gitar w sklepach nie było, choć to i tak był najmniejszy problem
😀 Można więc podsumować to tak, że mimo poszukiwań i wyjazdów do Warszawy czy Łodzi, długo nie udawało mi się kupić instrumentu.
Od tego czasu minęło jakieś 8 lat i w dobie targowisk z Rosjanami i ich towarami nadarzyła się okazja, aby zakupić gitarę za 5 zł (500 zł przed denominacją). Była to prosta gitara klasyczna, która okazała się dość dobrym zakupem pod względem drewna, z którego była wykonana. Miała hebanowy gryf, co było mega rzadkością w tamtych czasach. Gitara co prawda, wymagała pewnych przeróbek lutniczych, ale po tych zabiegach okazała się przyzwoitym instrumentem. Pewnie miałbym ją do dziś – niestety pożyczyłem ją kiedyś jednej dziewczynie, z którą urwał mi się kontakt. W ten sposób … przepadła
😟 - oczywiście gitara!  [śmiech].
Kolejnym moim instrumentem była już gitara elektryczna, którą kupiła mi siostra „za gruby szmal”. Może nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że instrumenty w tamtych latach były naprawdę bardzo drogie i trudne do zdobycia. W zasadzie od tej pory zaczęło się moje prawdziwe granie, gdyż zdecydowanie wolę gitarę elektryczną, niż „akustyka” – co nie znaczy, że stronię
od grania akustycznego. Miałaś okazję to usłyszeć
😀 Właśnie  teraz zdałem sobie sprawę, że prawie za każdym razem w tamtych czasach, za pojawieniem się nowej gitary stała moja siostra – Iwona 😄

Krzysztof Fenderecki - foto: Marcin Wesołowski

- Czy kiedyś już podejmowałeś próbę stworzenia jakiegoś Zespołu, który będzie przypominał ten, w którym grasz obecnie? Możesz coś więcej powiedzieć na ten temat?
- W swoim życiu grałem w wielu zespołach. Każdy trochę różnił się od poprzedniego.
Zespół to ludzie, a każdy człowiek jest jedyny w swoim rodzaju. De facto z tego wynika styl, brzmienie i charakter działalności zespołu. Kiedyś sądziłem, że zespoły tworzą się przypadkowo, na skutek spotkania kilku ludzi itd. Teraz natomiast wiem, że nic nie dzieje się bez przyczyny.

Chciałbym wspomnieć o tym, że dwadzieścia  lat temu nawiązałem współpracę z Marcinem Gryzem – obecnym naszym bębniarzem i jakiś czas graliśmy wspólnie w kapeli bluesowej. Udało się nam zagrać kilka fajnych koncertów. Gdyby nie tamta współpraca, być może tego naszego zespołu by nie było. A tak, kilka lat temu ponownie nawiązałem z Marcinem kontakt. Po fazie kształtowania oraz twórczego bałaganu - z inicjatywy Jowity (to był Jej pomysł), na bazie mojej obecnej współpracy z Marcinem, stworzyliśmy Sunset Bulvar.
- Może mi o tym już mówiłeś, ale chyba warto o to raz jeszcze zapytać.
Jak długo gracie pod szyldem Sunset Bulvar? Czy spodziewałeś się, że ta „muzyczna przygoda” z Jowitą, Marcinem i Markiem potoczy się w takim kierunku, w jakim podąża obecnie? Pracujecie nad autorskim materiałem debiutanckiej płyty, z tego co wiem. A może to tajemnica, której nie miałam zdradzać?

- Sunset Bulvar działa około 2 lat. Szczerze mówiąc, to niczego się nie spodziewałem – choć czułem, że zaczyna wychodzić nam coś fajnego. Początkowo mieliśmy problemy ze znalezieniem basisty. Jednak nie ma tego złego ... Może gdyby nie te problemy, to Mesjasz – czyli Marek mógłby do zespołu nie dołączyć. Sama więc widzisz, że nic nie dzieje się bez przyczyny 😃
Odpowiadając na Twoje pytanie. Nie mamy sekretów – przynajmniej w obszarze, o jaki pytasz.
To prawda, pracujemy nad autorskim materiałem.
Bardzo się cieszę, że możemy współpracować z Robertem Baranowskim. Oprócz faktu, że pisze dla nas teksty piosenek na płytę, to jeszcze jest naszym Impresario. Uwielbiam wsłuchiwać się
w stworzone przez Niego treści. Dopełniają się wraz z naszą muzyką, są jak dwie połówki tego samego owocu. Robert jest twórcą o wysokim progu wrażliwości, arcy-ciekawie spoglądającym na życie i jest także znawcą natury ludzkiej. Myślę, że to wypadkowa, która przemawia do mnie
w jego tekstach i twórczości poetyckiej. Odkąd utkwiło mi w głowie powiedzenie Gen. Wieniawy-Długoszewskiego: ”dla mężczyzny są tylko stworzone dwa zawody, ułan albo poeta - nic poza tym” – chciałem Roberta poznać. Wracając do tematu … Pracujemy nad autorskim materiałem, jednakże muszę tu nadmienić, że płytę chcemy nagrać już jako MANIA – w tym samym składzie, ale elektrycznie. Obecnie więc pracujemy dwutorowo – akustycznie i elektrycznie.



Sunset Bulvar w pełnym składzie - foto: archiwum prywatne

- Ile utworów jest już … powiedzmy – mniej lub bardziej fachowym językiem – „ogranych”? Pamiętam, że na Grudniowej Premierze Jowita zaśpiewała pięć piosenek
z tekstami napisanymi dla Was przez Roberta Baranowskiego, którego ja znam prywatnie. Nie wszystkie chyba jednak pojawiały się na kolejnych koncertach. Jak dobieracie repertuar na każdy z występów? Są kłótnie?

- Obecnie mamy opracowanych 7 utworów, które jeszcze dopracowujemy. Jednakże – docelowo na płytę, chcemy ich mieć co najmniej 10.
To, że nie gramy wszystkich tych numerów na koncertach wynika z faktu, że nie do końca jesteśmy przekonani co do ich brzmienia w anturażu akustycznym. Zgodnie z tym, co wcześniej mówiłem, robimy muzykę elektryczną
😀 Absolutnie chciałbym zdementować domysły dotyczące kłótni – zdania miewamy odmienne i z pewnością tak pozostanie – a tam, gdzie ścierają się moce twórcze, iskrzy jak przy cięciu stali 😆

- Jowita … nie byłabym sobą, gdybym – z czystej „babskiej ciekawości” oto nie zapytała … Gdy śpiewa, podziwiam Jej cudownie mocny głos. Czy podczas Waszych prób i rozmów jest równie donośny, czyli … liczycie się ze zdaniem jedynej w Waszej Grupie, Kobiety? Jak to się przejawia?
- Z Jowitą łączy mnie swoista i niepowtarzalna więź twórcza i podobne przeżycia. Poznaliśmy się w innym zespole – był to team coverowy, grający eventy. Ja grałem w tym zespole ponad 5 lat, zanim dołączyła do niego Jowita. Od początku złapaliśmy kontakt i polubiliśmy się. Po jakimś czasie ja odnowiłem znajomość z Marcinem Gryzem, z którym stworzyliśmy jakieś cztery lata temu zespół rockowy. Nie przetrwał próby czasu, jednakże w trakcie jego działalności, Jowita podzieliła się z nami pomysłem stworzenia Sunset Bulvar. I tak się to zaczęło 😃
Gdy stworzyliśmy z Jowitą Sunset, nasi koledzy z zespołu coverowego uznali – nie wiem do końca dlaczego – że zakończą z nami współpracę. Od tamtej pory skupiliśmy się zupełnie na Sunset, a od spotkania z Robertem zaczęliśmy tworzyć razem autorskie utwory - projekt MANIA.
Ja osobiście bardzo cenię sobie pracę z Jowitą – chętnie słucham Jej zdania na temat aranżacji, bądź sugestii muzycznych. Poza tym, bardzo Ją lubię prywatnie – tak po ludzku
😏 Może dlatego, że mamy podobne poczucie humoru i świetnie się dogadujemy. Lubię Jej styl oraz podziwiam urok osobisty. Dla mnie głos Jowity jest najdonośniejszy – potrafi mnie przekonać do zmiany, choć nie zawsze 😁
Nie przychodzi to łatwo, gdyż jestem człowiekiem działającym w sposób przemyślany
i uporządkowany, a więc planów zwyczajnie nie lubię zmieniać. Jednak Ona potrafi mnie przekonać. Uważam, że ma w sobie ogromną intuicje muzyczną, dzięki czemu umie uzasadnić  potrzebę dokonania zmiany – a argumenty do mnie przemawiają.  Poza tym potrafi być bardzo kreatywna w procesie twórczym, co bardzo mnie do Niej przekonuje. A ten Jej głos! – jest świetna! Sądzę, że oboje jesteśmy zdania, że mieliśmy się poznać i razem tworzyć.



Jowita i Krzysztof, czyli ... połowa składu Sunset Bulvar - foto: archiwum prywatne

- Za co cenisz Swoich kolegów z Zespołu? Tak imiennie proszę opowiedz o tym, jakie mają wg Ciebie zalety.
- To może po kolei:
Jowita – głos, charakter, estetyka i kreatywność muzyczna, intuicja
Marcin – umiejętności muzyczne, ugodowość, serdeczność
Marek – zaangażowanie, miłość do muzyki i basu, ogromne chęci i emocjonalną motorykę 😃
Robert – kultura, wrażliwość, kreatywność, zaangażowanie, skromność
- A jakie mają wady? Czy uważasz, że o tym nie powinno się mówić głośno?
- Przepraszam, ale wolę skupiać się na pozytywach 😏

- Jak oceniasz osobę Roberta - piszącego Wam teksty do autorskich aranżacji – jest bardziej członkiem Zespołu, czy Manager’em? Bardziej się z Wami „kumpluje”, czy wymaga?
- Chwalę dzień, w którym graliśmy w pubie Marcinek na Podwalu koncert. To było ponad rok temu. Na nim był też Robert. Wtedy się poznaliśmy. Początkowo Robert pisał dla nas tylko teksty, z czasem – na nasze szczęście – zgodził się też zająć naszym impresariatem.
Trzeba przyznać, że sprawdza się zarówno jako tekściarz, jak i menadżer. Dał nam się już poznać, jako fajny facet i kolega. Jest bardzo odpowiedzialny i wiem, że jak coś załatwia, to od początku do końca. Ma świetny kontakt z ludźmi, co dla menadżera jest bezwzględnym „clou” działania. Oczywiście, wymaga także od nas i oby dalej to robił, bo niezwykle ważne jest wypracowanie sobie pozycji w grupie. To też Robertowi świetnie wychodzi. Bardzo zabiegam o to, by czuł się członkiem zespołu i mam nadzieję że tak już jest
 😀

Robert Baranowski - Autor tekstów do piosenek wykonywanych przez Sunset Bulvar - koncert w La Lucy - grudzień 2019

- Obserwowałam Cię uważnie podczas Waszego ostatniego występu na Mokotowie.
Faktycznie był taki moment, w którym się uśmiechnąłeś, nawiązując kontakt z obecną tam publicznością – przecząc niejako słowom zawartym w recenzji drugiego koncertu – tego, który był w lutym „U Pana Michała”. Napisałam tam bowiem coś o … „skupieniu gitarzysty”. Dlaczego właściwie nie byłeś zadowolony z takiej opisu Siebie? Może masz innego rodzaju „sceniczność” niż Jowita – z tym Jej olśniewającym uśmiechem lub – wywijający spontanicznie gitarą, Marek. Jak to jest z Twoim samopoczuciem na scenie? Stresujesz się występami na żywo?

- Mój obecny wizerunek sceniczny nie jest najbliższy mojej naturze. Grając w poprzednich zespołach na gitarze elektrycznej, miałem więcej swobody , więc byłem bardziej spontaniczny. 
Na skutek dużych zmian repertuarowych i spinania całości „faktury muzycznej” podczas występów zespołu, do tej pory musiałem się skupiać na realizowaniu zamierzonych celów.
W związku z tym, że obecnie zespół zaczął grać na poziomie o jaki zabiegałem, mogę zająć się czerpaniem przyjemności z koncertów. Czyli nie muszę zastanawiać się, czy wszyscy wiedzą, co mają robić 

Myślę że niedługo mój „emocjonalny image” ulegnie znacznej przemianie 😎

Krzysztof Fenderecki - foto: archiwum prywatne

- Jakie masz wyobrażenia o życiu „Osoby Publicznej”? Może po tej rozmowie staniesz się bardziej rozpoznawalny – także w rodzinnym mieście. Jesteś gotowy na Sławę? Jakie są Twoje Marzenia, gdy myślisz o „Sunset Bulvar”?
- Nie  myślę o tym. Generalnie uważam, że na sławę nie można być gotowym. Bardziej skupiam się na muzyce – graniu jej i tworzeniu. Myślę, że gdy dotknie mnie miano bycia osobą publiczną, świetnie sobie z tym poradzę.
Uważam tak, bo jestem człowiekiem o ugruntowanym i poukładanym życiu osobistym – przepraszam za tę nieskromność. Zawsze uważałem, że osobom publicznym odbija z braku tych dwóch powyższych atrybutów.
Marzę, by nasz zespół zaczął koncertować elektrycznie, no i żebyśmy nagrali płytę. Chciałbym występować na jak największym terenie – myślę też o imprezach muzycznych poza granicami kraju. Koncerty są paliwem niezbędnym do pracy twórczej zespołu. 

Poza tym chciałbym także, by nasz zespół pozostał grupą przyjaciół oddanych idei tworzenia
i grania swojej muzyki. Nie chcę żadnej presji i niezbyt konstruktywnych sugestii na temat kierunku, w którym powinniśmy się rozwijać. Niech to nadal będzie wielki muzyczny ocean,
na którym płyniemy w znanym tylko nam kierunku, odkrywając go tym, którzy za nami podążą. Mam nadzieję, że będziemy poszerzali swoją komunikacje tele-muzyczną, którą udało nam się nawiązać i w oparciu o nią rozwijać naszą twórczość. 

Przydał by się także jakiś miły Pan lub Pani z kiermanem wielkości stodoły oraz chęcią sfinansowania realizacji naszej płyty [śmiech]. Wierzę, że póki oddychamy wszystko jest możliwe 😃

- Nie pozostaje mi w takim razie nic innego, jak życzyć, aby Twoje oczekiwania i marzenia miały szansę się urzeczywistnić w najbliższym czasie. Może faktycznie pewnego dnia Wasz Impresario Robert odbierze telefon od Kogoś, kto pomoże Wam spełnić je.
Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia na kolejnym koncercie.



Sunset Bulvar - koncert luty 2020 - okolice Starówki "U Pana Michała"

piątek, 13 marca 2020

COŚ DLA UCHA i podniebienia

Mimo, że – jak się często mawia „czas nie stoi w miejscu”, to … niektóre rzeczy pozostają jednak niezmienne w moim życiu. Jak choćby to, że – nadal nie jestem znawcą muzyki. Daleko mi też, do zaszczytnego miana Smakosza. Wieść rodzinna niesie zresztą, że w dzieciństwie byłam strasznym niejadkiem – niewykluczone zatem, że ten brak zainteresowania kulinarnymi tematami pozostał we mnie do dziś. Co jeszcze udało mi się zachować? Chyba coś takiego, co nazwałabym krótko:
„Dusza Powsinogi”.

Może będą Tacy, którzy się ze mną zgodzą, że – nie jest łatwo robić coś przeciw własnej Naturze … mnie, odkąd pamiętam ciągnęło do innych Ludzi – chyba byłam Ich ciekawa.
Przy okazji mogłam ZOBACZYĆ nowe miejsca, posłuchać opowieści z klimatem i sprawdzić się w werbalnych interakcjach.
Ostatnimi czasy jednak, stałam się … hmmm … powiedzmy, że dość wybredna i swój udział w takich kulturalno-towarzyskich wydarzeniach – na które ostatnio jestem zapraszana – dokładnie analizuję pod kątem własnych korzyści, przyjemności. Cóż, samo życie …

Trzeba przyznać Robertowi, że format organizowanych przez Niego koncertów Zespołu o nazwie  „Sunset Bulvar”, z którym dość blisko obecnie współpracuje – spełnia moje oczekiwania.
Fajnie, że tę Muzyczną Grupę można spotkać w różnych warszawskich lokalach (przykładowo
w Centrum-StareMiasto – „U pana Michała” oraz obok stacji Metro ONZ – „La Lucy”
- oba występy widziałam na własne oczy, o czym pisałam na blogu w grudniu oraz w lutym.
Może już wkrótce – trzymam mocno kciuki! – będą pojawiać się również na Mokotowie.

Skąd ta Euforia?
Odpowiedź jest dość prosta – przyjeżdżając na Ich koncerty, mam też możliwość poznania nowych miejsc. A nie oszukujmy się … z czasem człowiek „wypada z obiegu” (innymi słowy więcej czasu spędza w pracy i domu), a gdy chce wreszcie! spotkać się ze Znajomymi, to nie wie, gdzie pójść. Można więc powiedzieć, że te moje podróże po Warszawie – dzięki Robertowi – mają nie tylko kulturalny wątek, ale też i edukacyjny charakter.
Przynajmniej dla mnie.


Poza tym …  czasem dobrze jest wyjść z tzw. „strefy komfortu”, czyli poza znajome okolice i – jak w tym przypadku, ja – pojechać na Mokotów. Tę warszawską dzielnicę co prawda znam średnio, ale główne „szlaki komunikacyjne” ogarniam. Ponadto … nazwa ulicy – Bobrowiecka (10) – kojarzyła mi się z siedzibą pewnej Uczelni. Można więc było wysnuć przypuszczenie, że tym razem nie ma opcji, abym się gdzieś po drodze zgubiła. I proszę!
Ileż to może dobrego zdziałać takie „pozytywne nastawienie” … - mimo bowiem pewnych zawirowań w „komunikacji naziemnej”, z której korzystam obecnie dużo rzadziej, bez większego trudu trafiłam pod właściwy adres!
Restauracja Bianco-e-Verde, w której miał wystąpić wspomniany wcześniej Zespół Sunset Bulvar okazała się – z wielu powodów – bardzo sympatycznym miejscem. Tym, którzy będą chcieli po raz pierwszy dotrzeć tutaj innym autobusem niż 107 lub 119 wspomnę tylko, że idąc
od skrzyżowania do przodu, będą musieli minąć szereg budynków mieszkalnych, które przebojem wdarły się w krajobraz ulicy. A tuż niemal za nimi przycupnęła sobie wspomniana włoska knajpka o całkiem sporej przestrzeni, która pozwala nie tylko na to, aby swobodnie tutaj zjeść
w trochę większym towarzystwie, ale również zorganizować koncert.


To naprawdę sympatyczny lokal – kto wie, może zadomowił się tu dawno temu „Anioł Miejsca”, o którym kiedyś podczas wykładu w Lanckoronie mówił prof. Mirek z Krakowa i dlatego restauracja ma taką pozytywną energię. A może stało się tak za sprawą samego Właściciela, który jednocześnie jest Szefem Kuchni i wkłada serce w to, co robi …

Domowy obiad wypełnił mnie po brzegi, więc tym razem opinia o serwowanych tu daniach opiera się wyłącznie na zdaniu moich Znajomych.
A ci wydawali się bardzo zadowoleni z zamówionych potraw. Podobno warto zainteresować się makaronem carbonara


oraz pizza’mi.


Także … jeśli szukacie miejsca na spotkanie w gronie Znajomych, gdzie można zarówno smacznie zjeść, jak i pogadać, warto rozważyć ten właśnie lokal. Ja z przyjemnością go jeszcze kiedyś odwiedzę – szczególnie wtedy, gdy Sunset Bulvar zdecyduje się tu znowu wystąpić.


Pewnie nie raz to powtórzę, ale dla mnie każdy Ich koncert jest wyjątkowo miłym wydarzeniem. Zespół nie tylko odkrywa przede mną nowe miejsca w Warszawie, ale także wprawia w dobry nastrój swoją twórczością. Kolejnym plusem jest fakt, że nie posiadają sztywnego repertuaru - zmienia się on na każdym Ich występie. Owszem, niektóre piosenki weszły do niego na stałe
– ale to w sumie dobrze, bo brzmią moim zdaniem nawet lepiej od oryginałów.  A myślę tu choćby o utworach: „Be the one” (Dua Lipa) oraz „September” (Earth, Wind & Fire) – uwielbiam oba te covery. Podobnie jest z utworem „Purple Rain” (Prince) – którego mogłabym w Ich wykonaniu słuchać bez końca. Ostatnio nawet przychylniejszym okiem patrzę na utwór „Taka Warszawa” (Beata Kozidrak) oraz piosenkę „Prowadź mnie” (Kasia Kowalska).


Myślę, że to zasługa jedynej w tej Grupie Kobiety, która oprócz wspaniałego głosu, ma piękną dykcję i wymowę. Nie trzeba się domyślać, o czym śpiewa – co ma największe chyba znaczenie podczas prezentacji autorskich piosenek, do których polski tekst stworzył wspomniany Robert. Może podczas jakiegoś występu Zespół skusi się na ograniczenie liczby angielskich coverów,
na rzecz rodzimych utworów lub właśnie tych swoich. Prace nad materiałem na płytę wszak już trwają, a te ich wspólnie stworzone piosenki brzmią rewelacyjnie. Jednym z moich ulubionych jest utwór „Na rozstajach”, choć i „Mania” – ma swój niezaprzeczalny czar.

Fajnie, że Grupę coraz częściej można oglądać na żywo i czerpać z Ich koncertów pozytywną energię. Gołym okiem widać, że odczuwają prawdziwą radość z występowania
przed publicznością, szybko zjednując sobie takim zachowaniem jej przychylność. Może też dlatego, że wszyscy starają się zachować z nią kontakt – choćby zachęcając do wspólnego śpiewania, czy rozdając – jak Jowita – cudownie promienne uśmiechy.

Osobiście będę długo wspominać ten niedzielny marcowy wieczór – wspaniałe zakończenie „Dnia Kobiet”. Indywidualne rozmowy z Jowitą, Krzyśkiem, Markiem i Marcinem oraz Robertem pozwoliły mi lepiej poznać każdą z osób. Zaciekawili mnie tak bardzo, że chyba …

… ale to już inna historia 😊

niedziela, 23 lutego 2020

Pobudzające dźwięki

Staram się dotrzymywać danego słowa. A jedną z obietnic, złożoną sobie w ubiegłym roku była moja obecność na kolejnych koncertach Zespołu, który zobaczyłam po raz pierwszy w grudniu. Nie jestem znawcą muzyki, ale potrafię chyba w miarę jasno określić, co mi się podoba.
Tamten występ ludzi tworzących Grupę o nazwie Sunset Bulvar naprawdę mnie zachwycił. Chciałam zatem znowu wejść w świat, tworzonych przez Nich dźwięków. Na moje szczęście Robert, który zaprosił mnie wtedy, zrobił to ponownie. W taki oto sposób znalazłam się 22 lutego na ulicy Freta, gdzie mieści się lokal „U pana Michała”.

foto: Urszula Lasota

Nie przypominam sobie, abym tam kiedykolwiek gościła, choć oczywiście okolice były mi znane. Zdjęcia w internecie obiecywały sympatyczną przestrzeń, zatem nie mogłam doczekać się tego wieczoru. Szybko przekonałam się, że osób, które chciały zobaczyć kolejny występ wspomnianego Zespołu było bardzo dużo – niewykluczone, że od tamtego wydarzenia zyskali całkiem spore grono sympatyków. Być może to z tego powodu – choć do początku koncertu było sporo czasu – wcale nie było mi tak łatwo znaleźć dogodne miejsce. Sala, mimo że klimatyczna


była trochę mniejsza, niż w moich wyobrażeniach i obawiałam się, czy nie będzie dla mnie zbyt głośno. Okazało się jednak, że osoba która podjęła się zapewnienia dobrej akustyki, świetnie się wywiązała z tego zadania. Kolejnych gości z każdą minutą przybywało i w pewnym momencie nawet naszły mnie wątpliwości, czy wykonawcy będą mieli wystarczająco miejsca.
Nie doceniłam Ich jednak …

Szybko przekonałam się, że nawet w takiej mocno okrojonej dla siebie przestrzeni potrafią dać świetny koncert. Energia perkusisty znowu sprawiła, że cajon ożył pod dotykiem jego sprawnych rąk, wydobywając z siebie fajne dźwięki. Przyjemność, czy może nawet radość z grania widać było też po basiście Marku, który co jakiś czas pozwalał sobie nawet na spontaniczne wywijanie gitarą – choć w mojej ocenie za wiele miejsca na to nie miał. Mój wzrok często zatrzymywał się też na skupionej twarzy gitarzysty, ale wciąż powracał do wokalistki.
Nieodmiennie jestem pod wrażeniem siły i barwy Jej głosu oraz tego, z jaką swobodą zaśpiewała te wszystkie zaprezentowane piosenki. Z pewnością jest to wyłącznie moja subiektywna ocena, ale myślę, że taki utwór jak „Be the one” (Dua Lipa) nie jest tak łatwo wykonać. Bardzo fajnie brzmiał mi też w uszach „September” (Earth, Wind & Fire), który – jak podejrzewam – wszystkich obecnych lekko rozbujał, wprowadzając w dobry nastrój.
Największym zaskoczeniem był dla mnie cover jednej z moich ulubionych piosenek, a myślę tu
o „Enjoy the silence” (Depeche Mode). W głowie tkwił mi bowiem uparcie oryginał i nowa aranżacja była sporą niespodzianką. W sumie jednak całkiem udaną, choć … pewnie potrzebuję czasu, aby się z taką jej wersją oswoić. Świetnie na pewno – i to nie tylko w moim odczuciu, sądząc po reakcjach zgromadzonych osób, które dołączyły do wspólnego śpiewania – zabrzmiał utwór „Purple Rain” (Prince).
Tych piosenek zachęcających gości do większej aktywności było oczywiście więcej. Niektórzy to nawet dali się im tak porwać, że nie byli w stanie usiedzieć i znaleźli sobie miejsce na całkiem żwawe pląsy.

Cieszę się, że Zespół po raz kolejny umieścił w swoim koncertowym repertuarze autorskie utwory, stworzone wspólnie z Robertem Baranowskim – odpowiedzialnym za teksty. Brzmią naprawdę rewelacyjnie i jak dla mnie były taką swoistą „wisienką na torcie” tego sobotniego wydarzenia. Śmiało mogę też napisać, że ponownie pobudziły mój apetyt na płytę tej Grupy. Mogę się domyślać, że praca nad nią wymaga czasu, ale mam jednak nadzieję, że Muzycy będą mieli na względzie oczekiwania Swoich sympatyków, których pewnie będzie przybywać z każdym Ich występem.
A te już w sumie niedługo:

29 luty 2020 – godz. 20.30 – „U Pana Michała”
7 marca 2020 – godz. 20.30 – Pub „Warsaw”

Szczegółowe informacje zapewne wkrótce znajdziecie na stronie Zespołu.

Osobiście uważam, że to świetna propozycja na spędzenie najbliższych sobotnich wieczorów i ze swojej strony POLECAM serdecznie wpisać daty do kalendarza. A jeśli Ktoś z Was miałby chęć już teraz pobudzić z lekka swoje zmysły, to zachęcam do obejrzenia tego oto filmiku autorstwa pana Stanisława Dominiaka - LINK

czwartek, 6 lutego 2020

spontaniczne Tajemnice

Czasem pewne rzeczy można zaplanować – jak choćby to, że danego dnia gdzieś się wybierzemy, coś zobaczymy, z kimś się spotkamy lub … jednak zostaniemy w domu, aby przykładowo poczytać ciekawą książkę. Co człowiek, to pewnie inny pomysł na spędzenie weekendu.
Ja na pierwszą niedzielę lutego miałam swój.

Postanowiłam pojawić się na spektaklu moich Koleżanek z Teatru Improwizacji „Afront”  i to tym najbardziej tajemniczym – z serii „Nie mów nikomu”. Dziewczyny mają bowiem w swoim repertuarze różnego rodzaju przedstawienia. Jeśli wejdziecie na Ich stronę -  KLIK! - możecie sami się przekonać, ile ich jest i jakie. Każda z prezentowanych form spektaklu ma swój indywidualny charakter. Ja byłam już na improwizowanym musicalu „M!”, „Rodzinnych rewolucjach” oraz „Nienapisanych dziełach Szekspira”. Teraz więc nabrałam chęci, aby poznać kolejny, czyli wspomniany "Nie mów nikomu". Moją ciekawość podsycił dodatkowo opis wydarzenia na facebook’u, a brzmiał tak:

„(…) Jest to spektakl, w którym sami aktorzy nie do końca wiedzą, o co toczy się stawka. Traktuje on o najskrytszych tajemnicach naszych bohaterów, które nie powinny ujrzeć światła dziennego, a więc na pewno wszyscy się o nich dowiedzą...
Całą sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że rzeczoną tajemnicę znają wszyscy POZA aktorem, który odtwarzać będzie postać z sekretem. Zasada jest prosta - na czas ustalania tajemnicy wybrany aktor opuszcza salę, a potem przez cały spektakl gra tak, jakby doskonale wiedział, o co chodzi, podczas, gdy tak naprawdę cały czas usilne próbuje się tego domyśleć! (…)"

Byłam prawdziwie zaintrygowana, jak to będzie wyglądało. Wiedziałam już, że każde przedstawienie niesie za sobą masę niespodzianek. To najbardziej mnie urzeka w spektaklach tego Teatru - ich nieprzewidywalność i spontaniczność. Nigdy nie wiadomo, jak rozwinie się sytuacja, bo choć – jak wcześniej wspomniałam – mają jakąś myśl przewodnią, to już same tematy pojedynczych sztuk oraz odgrywane na scenie postacie w dużym stopniu zależą zarówno od kreatywności artystów

od lewej: pan Wojtek odpowiedzialny za muzyczną oprawę oraz aktorki - Kasia, Agnieszka i Dorotka
jak również od wyobraźni i zaangażowania publiczności.
To ona wspólnie z aktorami tworzy zarys historii, dzieląc się pomysłami i własną energią. A ta rozbudzana jest od samego początku przez różne zabawne ćwiczenia. Tak było i tym razem



co oczywiście zaprocentowało potem przeróżnymi sugestiami, kim ma być postać odgrywana przez Kasię (to Ona bowiem opuściła na jakiś czas salę) i jakie tajemnice może ukrywać.

Osobiście uważam, że improwizacja jest nie lada sztuką. Za każdym razem jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co prezentują Dziewczyny na scenie. Tu trzeba wykazać się wyobraźnią, pewnym luzem i poczuciem humoru, a jednocześnie umiejętnością słuchania i refleksem – aby szybko reagować na zachowania innych osób. Podczas tego przedstawienia natomiast, Kasia miała nie tylko za zadanie dopasować się do wymyślanych naprędce koncepcji swoich Koleżanek, ale jeszcze odgadnąć kim właściwie jest. Rodziło to wiele zabawnych sytuacji i cała widownia bawiła się znakomicie, zastanawiając się pewnie przy okazji, czy i kiedy tajemnica zostanie odkryta.
Też byłam tego ciekawa, bo zadanie do łatwych nie należało. Bohaterka grana przez nieświadomą sytuacji Kasię, wymyślona przez publiczność miała być bowiem około sześćdziesięcioletnią panią o imieniu Grażyna, która właśnie przeszła na emeryturę, pracując wcześniej jako piekarz. Tajemnicą zaś, którą skrzętnie skrywała była … kontrabanda!
Według pomysłu widzów pani Grażyna miała pewnego razu udać się do Kolumbii, aby stamtąd przemycić w kurze, jajo Faberge – jako prezent urodzinowy dla pewnego Andrzeja, do którego miała słabość. Cała akcja miała mieć natomiast kryptonim „UR.AN”.

Gdy powracam wspomnieniami do tamtego wieczoru od razu robi mi się wesoło. Szczególnie, gdy przypomnę sobie Dorotkę w roli kury


i to Jej fenomenalne gdakanie, które wywoływało niekontrolowany śmiech nie tylko u mnie.
Wciąż też nie mogę się nadziwić, że prawie wszystkie – a przyznacie chyba, że jako widownia daliśmy się ponieść wyobraźni – tajemnice zostały przez Kasię odkryte.

To był niezwykle udany czas i z pewnością będę się pojawiać na kolejnych Afrontach.
Każdy z nich jest zupełnie inny, niepowtarzalny. Jeśli chcecie Sami się o tym przekonać, wybierzcie się na jakiś spektakl. W najbliższym czasie można pojawić się na:

  • 8 luty 2020 - "Co dozwolone w karnawale?"
  • 23 luty 2020 - "Po Troopach"
  • 29 luty 2020 - "Pokój numer ..."
  • 7 marca 2020 - "Nienapisane dzieła Szekspira"
Szczegółowe informacje znajdziecie na stronie Teatru 

czwartek, 23 stycznia 2020

z potrzeby serca ...

Napisałam kiedyś, że w pewnej małopolskiej miejscowości zostawiłam skrawek swojego serca, dlatego tak lubię do niej wracać.

upominek od pani Ani Ciecieręgi

Trudno się zatem dziwić, że gdy tylko Dziewczyny realizujące projekt Rok w Lanckoronie ustaliły kolejny termin wyjazdu, raźno na niego przystałam.

Styczniowy piątkowy poranek miał chyba ochotę pokazać zimowy pazur, bo choć nadal brakowało śniegu, temperatura za oknem była dość adekwatna do tej pory roku. Z przyjemnością zatem zrobiłyśmy sobie przystanek w tym samym miejscu, co ostatnio.


Mgła towarzysząca nam od Warszawy jakoś nie chciała się rozpłynąć i zza szyby wciąż obserwowałam krajobraz imitujący ten zimowy. Momentami miało to nawet pewien urok i gdyby nie fakt, że spieszyłyśmy się na pierwsze w tym dniu spotkanie, moje Koleżanki z pewnością zrobiłyby kilka postojów na fotki. Sama nie mogłam się powstrzymać i co jakiś czas podejmowałam próby, aby uwiecznić widoki, przesuwające się za oknem.


Lanckorona też powitała nas mgłami, ale te akurat miały dość kapryśną naturę. To się pojawiały, to znikały, ewidentnie drocząc się z Dziewczynami nastawionymi na klimatyczne zdjęcia. Tego dnia jednak czasu na fotograficzne sesje specjalnie dużo nie było. Aczkolwiek …
jak widać zamiłowanie do czegoś – mimo napiętego grafiku i zmęczenia podróżą – nie daje się tak łatwo poskromić.


O potędze pasji mogłam się również przekonać następnego dnia. Dzięki Dobremu Duchowi projektu – jak lubią Dziewczyny mówić o pani Ani Ciecierędze – znalazłam się w Krakowie. Wieczorem miałam bowiem wziąć udział w wyjątkowym wydarzeniu.

Zapewne słyszeliście o zwyczaju odwiedzania z szopką domów, zwanym często „chodzeniem
po kolędzie”. Ta tradycja w pewnym sensie odrodziła się dzięki Szopce z Zagórza, za organizacją której stoi grupka Niezwykłych Ludzi. Pomysł jej wystawiania pojawił się w głowie pana Władysława Andreasika z Wydawnictwa VANDRE już w 2011 roku. Formę teatrzyku kukiełkowego nadał jej pan Maciej Rudy, który przywiózł do Krakowa wszystkie występujące
w nim figurki, stworzone przez swojego dziadka. O historii Szopki z Zagórza można dowiedzieć się dużo więcej ze specjalnie na tę okazję wydanej w 2012 roku książeczki, którą serdecznie polecam.
Foto z materiałów Wydawnictwa VANDRE
Organizację tego wydarzenia o wręcz unikatowym charakterze – Gospodarze zapraszają bowiem na nie swoich przyjaciół, a ci z kolei własnych znajomych, powiększając w ten sposób grono uczestników – wspiera pan Hieronim Sieński. Scenografię natomiast wykonał niezrównany w tej materii pan Kazimierz Wiśniak. Te informacje pozyskałam jednak później, ponieważ zarówno Małgosia, jak i Ania nie zamierzały zdradzać mi jakichkolwiek szczegółów. Może chciały, abym miała podobną niespodziankę, jak One w ubiegłym roku.

Pogoda w Krakowie nie była specjalnie zachwycająca. Jednakże drugi istotny punkt tego dnia, czyli perspektywa spotkania z panią Teresą i panem Tadeuszem Kwintą w nieznanej mi do tej pory restauracji o nazwie  „Dobra Kasza Nasza” zdecydowanie łagodziła moje nastawienie do tej chłodnej i wietrznej aury. Miejsce okazało się sympatyczne, dania smaczne, a obsługa bardzo miła, zatem z przyjemnością będę do niego wracać, jeśli znowu zawitam na dłużej do miasta Kraka.



Niewykluczone jednak, że ten mój sentyment ma inne podłoże – nasi Goście od samego początku stworzyli tak przemiłą atmosferę, że miałam wrażenie, jakbym znała Ich od dawna. Nic zatem dziwnego, że każda z nas straciła poczucie czasu i niewiele go pozostało do przedstawienia,
na które byłyśmy zaproszone.

Szczęśliwie dla nas, ulica Ogrodowa nie była aż tak daleko i dotarłyśmy na umówioną godzinę. Wkrótce zebrane towarzystwo – w dużej mierze związane z Lanckoroną – zostało poproszone
o zakup biletów w cenie 2-3 złotych. Jak widać, zupełnie nie przypominają one tych, które standardowo się otrzymuje. Dowiedziałam się, że co roku zostają one specjalnie projektowane przez pana Kazimierza Wiśniaka. Można zatem przypuszczać, że stali bywalcy Szopki mogą być posiadaczami całkiem ładnej kolekcji – mija w końcu już 9 lat …


Trzymając w ręku takie piękne potwierdzenie wstępu, mogłam wreszcie razem z pozostałymi gośćmi zająć miejsce. Z przyjemnością i ciekawością rozglądałam się po mieszkaniu, które stało się scenerią wydarzenia. Obrazy, zbiory książek i plakatów przyciągały wzrok – wciąż odkrywałam coś nowego. 
Niedługo później każdy z nas musiał poddać się ‘wnikliwej kontroli’. Elegancko ubrany pan Hieronim wcielił się bowiem w rolę bardzo skrupulatnego biletera i dokładnie sprawdzał, czy aby na pewno jesteśmy uprawnieni do udziału w przedstawieniu. Oczywiście wszystko to miało postać żartobliwego przekomarzania się z uczestnikami. 




Atmosfera coraz bardziej mi się podobała i podekscytowana obserwowałam rozwój wydarzeń. Gdy już wszystkie bilety zostały pozytywnie zweryfikowane, pogaszono światła i wkroczył
w stroju krakowskim pan Maciej Rudy, inicjując głośnym śpiewem początek Szopki. 


Byłam pod wrażeniem Jego aktorskiego talentu. Każdej postaci nadawał indywidualny charakter, świetnie zmieniając głos i sposób wyrażania się. Podobała mi się także sama forma przedstawienia, która zachęcała do interakcji zgromadzonych osób. Wspólne śpiewanie kolęd – nawet jeśli ktoś, tak jak ja niespecjalnie posiada umiejętności wokalne – ma jednak duży urok. Tworzy się wtedy jakaś taka wyjątkowa aura i poczucie wspólnoty.
A potem były wspólne zdjęcia i zrobiło się jeszcze weselej. 

foto: Sabina Olszyk (zdjęcie z archiwum Gospodarzy)
Po sesji fotograficznej Gospodarze usadowili nas wokół złączonych stolików, na których pojawiły się różne smakołyki, w dużej mierze przyniesione przez samych Gości. Był czas na rozmowy, żarty i wspomnienia Szopek z poprzednich lat, których obraz skrzętnie przechowują kolejne kroniki, wypełnione zdjęciami i pamiątkowymi wpisami tych, którzy w nich uczestniczyli. Mieliśmy okazję ponownie wspólnie zaśpiewać – tym razem „Pastorałkę Krakowską” zamieszczoną w specjalnie wydanej książeczce, a później jeszcze dopisany przez panią Alicję Firek zindywidualizowany tekst, który wzbudził ogólną wesołość. 


fragment tekstu pani Alicji

Okazało się także, że niedawno Gospodarze wydarzenia otrzymali następny „Ciąg dalszy”,
o podobnie zabawnym wydźwięku – o czym można było się przekonać, słuchając słów wyśpiewywanych przez pana Maćka. Tym razem autorem tekstu stał się pan Wiesław Czubaj.

Podczas spotkania można było kupić specjalnie wydane pocztówki oraz znaczki tworzone ręką Mistrza ilustracji, czyli pana Wiśniaka i wrzucić je od razu do skrzynki pocztowej. Była również szansa zobaczyć plakaty, obrazki, książki, pocztówki oraz różne inne pamiątki – także te codziennego użytku – związane z osobą pana Kazimierza, które udostępnili ze swoich zbiorów panowie Maciej Rudy i Hieronim Sieński.
Oprócz tych wszystkich niespodzianek zorganizowano również loterię. Każdy mógł kupić
za zaledwie 2 złote los i wygrać jakiś miły upominek lub … „szczęście w miłości” – jak żartowano, gdy na karteczce nie był zapisany żaden numer. 




Nagrody podarowane bezinteresownie przez zaprzyjaźnione osoby były przeróżne, a sam zakup losów wzbudzał wiele emocji. Może też dlatego, że fundusze w ten sposób pozyskane idą rokrocznie na jakiś społeczny cel. Tym razem mają wspomóc zakup protezy ręki dla młodej dziewczyny o imieniu Weronika, której pasją są konie. 

Wracając z Dziewczynami późną porą do Lanckorony myślałam nie tylko o kolejnym przyjemnie spędzonym dniu, ale także o tym, że wciąż jest wiele osób, kierujących się w swoich działaniach sercem. Naszła mnie też refleksja, że każdy z nas może pozwolić własnemu przejąć czasem kontrolę i zrobić coś dobrego dla innych – tak ze zwykłej, wewnętrznej potrzeby …

Tym, którzy mieliby na to ochotę już dziś, podaję garść informacji:
dla: Weronika Pawlik / pomaga Fundacja Votum
32 1500 10671210 6008 3182 0000 
1% OPP Nr KRS 0000272272 Weronika Pawlik


W ostatni dzień naszego pobytu w Lanckoronie mżawka przeplatała się z mgłami. Nawet jednak taka pogoda nie była przeszkodą dla moich Koleżanek, by tuż przed wyjazdem – po obiedzie
w przytulnym Cafe Pensjonat  – zrobić jeszcze trochę zdjęć.


Oto, co m.in. każda z Nich postanowiła zatrzymać w kadrze aparatu ...

foto: Małgorzata Gajos

foto: Anna Gawryszewska

foto: Joanna Przygodzka