Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 kwietnia 2020

"… kiedy się spalę ... "

Nie tak wyobrażał sobie to spotkanie. Liczył na zrozumienie, a może nawet rozgrzeszenie od tej, która od zawsze najbardziej liczyła się w jego życiu. Może zapomniał, jaka potrafi być twarda
i bezkompromisowa. Zrozumiał, że naprawdę sam musi podjąć decyzję i zmierzyć się ze swoimi wewnętrznymi lękami. Czy był gotów?

Pojedynczy sygnał świetlny oznaczał, że może bez przeszkód usiąść za kierownicą.
Zrobił to z ulgą. Zatrzasnął drzwi samochodu i wręcz zapadł się w fotel. Przymknął oczy i trwał tak przez dłuższą chwilę, czekając aż przestanie pulsować mu w głowie. Sam już nie wiedział, czy był to efekt trawki, którą zapalił wcześniej, czy może jednak rozmowy z Izą. A może to była wina kartki wyrwanej z brulionu, którą znalazł dziś rano przez przypadek? Wydawało mu się,
że usunął już z mieszkania wszystko, co się wiązało z byłą żoną. Zapomniał jednak, że niektóre publikacje uważali za wspólne i na równi z nich korzystali. To w jednej z nich zachowało się właśnie to, co teraz powoli wyciągał z portfela i rozkładał przed sobą. Napisane przez nią - dawno temu, słowa …

***

- Zupełnie nie rozumiem, dlaczego mu na to pozwalasz. Jesteś przecież dorosła i możesz stanowić sama o sobie. Czy na serio nie możesz wyjść na koncert bez niego? Myślałam, że zrobimy sobie „siostrzany wieczór” – w głosie Izy słychać było irytację. – Marek zupełnie nie ma nic przeciwko moim indywidualnym wypadom. Szczególnie, jeśli wie, że idę z Tobą. Co prawda nie możemy liczyć, że nasi Panowie się kiedykolwiek polubią – zaśmiała się trochę złośliwie – tym niemniej nie widzę przeszkód, abyśmy jednak jutro wyszły razem. Powiesz mu to dobitnie sama, czy może jednak ja mam wykonać telefon, co? – popatrzyła surowo na Aśkę.

- Fakt, że jesteś kilka lat ode mnie starsza nie daje ci prawa do dyrygowania mną – odgryzła się nagle jej rozmówczyni, co lekko Izę przystopowało. „A więc jednak … na szczęście” – pomyślała i pozwoliła sobie na delikatny, pojednawczy uśmiech.

- Przepraszam, trochę się zagalopowałam – fakt. Ale znasz mnie już trochę i wiesz, że taki mam już charakter. Lubię „grać pierwsze skrzypce” – zaśmiała się, po czym szybko spoważniała. – Wiesz, że w tym zespole jeden z gości gra właśnie na nich? – zadała pytanie, bacznie się przyglądając, czy Aśka złapie przynętę. Wiedziała, że przed urodzeniem Maksa nieźle sobie radziła z tym instrumentem. Podobno nawet miała kilka propozycji zawodowych i to takich dość rozwijających. Tak się jednak złożyło, że w urzeczywistnieniu marzeń przeszkodziła … Natura.
Aśka się zakochała. Bez pamięci.

A później już brakowało jej czasu, siły i może nawet wewnętrznej potrzeby, aby ponownie chwycić za instrument. Tak naprawdę znowu się z nim … zespolić podczas gry. Trudno bowiem nazwać ćwiczeniami te, które czasem podejmowała przy dziecku. Co prawda synek za każdym razem wodził roziskrzonym wzrokiem za jej dłonią ze smyczkiem i nie przeszkadzał, jednak … nie mogła sobie pozwolić na to, aby pozostawić odłogiem domowe sprawy. Nie było nikogo innego, kto mógłby ją odciążyć od prozaicznych obowiązków, które coraz bardziej ją męczyły. Niekiedy odnosiła wrażenie, że jest jak ta księżniczka uwięziona na wysokiej wieży lub inna postać z bajki, która ma oddzielić od siebie drobne ziarenka, jeśli chce opuścić swój „areszt”.

Przytłaczało ją to uczucie i przekonanie, że niestety nie za bardzo może liczyć na wsparcie
ze strony męża. Miała wrażenie, jakby dla niego życie niespecjalnie się zmieniło. Może tylko zamieszkał w innym miejscu i z innymi osobami. Wciąż miał jednak zapewniony przysłowiowy „wikt i opierunek”, więc tak naprawdę to zajmował się głównie pracą i swoimi towarzyskimi spotkaniami. Choć szczerze mówiąc wolała już, jak wychodził. Wtedy chociaż nie musiała martwić się o przygotowanie poczęstunku i zabawianie gości. Zdecydowanie wolała ten czas spędzać z dzieckiem, które było spragnione uwagi i miłości. Ich obojga tak naprawdę …

Wyczekany powrót do pracy nie okazał się tym, za czym faktycznie należało tęsknić. Przerwa
w wykonywaniu zawodowych obowiązków była na tyle długa, że nie potrafiła odnaleźć się
w niby znanym sobie miejscu. Co prawda i ono się zmieniło od czasu, gdy była tu ostatnio. Nie tylko chodziło o zmianę lokalizacji samego biura, a co za tym idzie przestrzeni, wyposażenia itp. Zaczęli tu pracę nowi ludzie, którzy mieli inne spojrzenie na wiele spraw, niż ona.
Czasem odnosiła wrażenie, jakby brała udział już w dwóch wyścigach – tym właśnie w pracy
i tym w domu. Prawda była bowiem taka, że z zegarkiem w ręku niemal odmierzała swój dzień, dopasowując się do ważnych jego punktów w postaci odprowadzenia syna do przedszkola (później szkoły), pracy, zakupów, obiadów, sprzątania, prania i wielu innych bieżących spraw, pojawiających się znienacka. Jak choćby sytuacje, w których jej szanowny małżonek informował ją w ostatniej chwili, że zostaje dłużej w biurze, więc dochodzi jej jeszcze obowiązek odebrania dziecka. A potem robienie dwóch obiadów, bo przecież … on wraca taki głodny i zmęczony dłuższym pobytem w pracy, że sam nie może odgrzać tego, co mu zostawiła.

Tak więc jej życie przez kilka następnych lat specjalnie się nie poprawiło. Było inaczej, może nawet trudniej, bo doba jakby się znacznie skróciła. Teraz już nawet nie pamiętała, gdzie leży jej – tak kiedyś  kochany instrument. Czy gdyby go znalazła, potrafiłaby na nim jeszcze coś zagrać? Spojrzała na swoje dłonie, znowu szorstkie od płynów, których używała podczas sprzątania. Dawniej smukłe i delikatne palce potrafiły z niezwykłą siłą i energią przesuwać po strunach smyczek. Jak byłoby teraz? A może jednak muzykę nosi się w sercu i ciało nigdy o niej nie zapomina? Nie wiedziała tego. Przestała zresztą ostatnio myśleć na ten temat. Życie toczyło się wartko – dni upływały niepostrzeżenie, a ona dawała swoje przyzwolenie na to, by możliwości przeciekały jej przez palce. „Jak długo jeszcze będę trwała w tym maraźmie?” – zadała sobie nagle w duchu pytanie. Spojrzała Izie w oczy.

- Masz rację. Jestem dorosła i coś mi się też od życia należy – uśmiechnęła się wesoło. – Gdzie
i o której się spotykamy?

- To mi się podoba – Izka spontanicznie pokazała kciuka i odwzajemniła uśmiech. – Przyjadę
po Ciebie. Bądź gotowa jutro na 19.00. Całus! – rzuciła jeszcze, po czym wskoczyła na siedzenie czekającej już od kilku chwil taksówki. Podała adres kierowcy, po czym zadowolona rozsiadła się na tylnym siedzeniu. Cieszyła się na myśl o koncercie. Niewiele brakowało, aby ją ominął.
„Jak to się czasem dziwnie plecie” – pomyślała, przypominając sobie zdarzenia sprzed może 2-3 miesięcy.

***

„Jak dobrze, że nie jestem sama” – pomyślała Aśka, rozglądając się nerwowo dookoła. Nie sądziła, że tyle ludzi zechce – podobnie jak one – pojawić się na tym wydarzeniu. Wydawało się jej, że muzyka wykonywana przez zespół nie należy do gatunku tych, które są zbyt popularne. Udało się jej znaleźć w necie trochę informacji na temat artystów i wysłuchała kilku utworów. Roziskrzonym wzrokiem patrzyła na fragmenty nagrania, na których jeden z mężczyzn grał
na skrzypcach. Były piękne, choć zupełnie nie przypominały tych posiadanych przez nią.
„Jak wiele się zmieniło …” – pomyślała z lekką nostalgią i cichutko westchnęła. Już niedługo będzie miała okazję zobaczyć występ na żywo i może nawet … nie chciała sobie robić nadziei, ale opowieść Izy faktycznie nią potrząsnęła.

- Jak tam? Podekscytowana? – zagadnęła ją w tym samym momencie Iza, jakby szóstym zmysłem wyczuła, że myśli Aśki podążyły w kierunku jej osoby. - Pamiętaj, że po koncercie nigdzie nie uciekamy, tylko idziemy porozmawiać z artystami. Obiecałam Marcelowi, że pojawimy się dziś i znajdziemy czas na pogawędkę. Myślę, że i ty na tym skorzystasz – mrugnęła do niej żartobliwie, po czym odwróciła się w stronę sceny. Właśnie wkraczali na nią muzycy
ze swoimi instrumentami. Aśka dojrzała ten, który przyprawił jej serce o szybszy rytm.
Za chwilę nic nie liczyło się oprócz dźwięków.

Koncert miał trwać 1,5 godziny, ale Aśce wydawało się, że upłynął może kwadrans odkąd popłynęły pierwsze nuty. Siedziałaby zapewne dłużej na swoim miejscu, gdyby nie Iza, która teraz popychała ją nieznacznie w kierunku wyjścia z sali koncertowej. Szła posłusznie przed siebie, starając się wymijać napotykane po drodze osoby. Miała wrażenie, jakby powoli budziła się z jakiegoś snu. Potrzebowała czasu, aby oswoić się z otaczającą ją rzeczywistością. Mechanicznie rozdawała zdawkowe uśmiechy tym, którzy kiwali jej głowami, mniej lub bardziej przyjaźnie. Nikogo oprócz Izy tu nie znała, więc może bardziej witali się z jej towarzyszką, niż
z nią. Nie miało to jednak większego znaczenia. Nie przyszła tu po to, aby nawiązywać nowe znajomości i błyszczeć towarzysko. Miała nadzieję odetchnąć dźwiękami i to się jej udało. Była nimi oszołomiona, ale to było niezwykle przyjemne uczucie.

„Jakbym była na jakimś niezłym haju, albo nieźle ubzdryngolona …” – zaśmiała się mimowolnie do siebie i z tym wyrazem twarzy stanęła nagle „oko w oko” z jakimś wysokim szczupłym mężczyzną. Miał jasne włosy i – co wydawało się jej trochę zaskakujące – oczy w kolorze miodowego brązu, dającego poczucie jakiegoś spokoju, bądź wręcz odprężenia. Na twarzy nieznajomego pojawił się nieoczekiwanie szeroki, radosny uśmiech.

- Iza! Jakże się cieszę, że jednak udało Ci się dziś pojawić na naszym koncercie – wykrzyknął
i lekko odtrącając Aśkę złapał w objęcia jej towarzyszkę. Uniósł ją spontanicznie w górę, czym wywołał cichy okrzyk zaskoczenia, a potem śmiech.

- Puszczaj, Wariacie – Izka próbowała wyzwolić się z silnych, męskich rąk, które wciąż trzymały ją nad podłogą, choć może już nie tak wysoko, jak w pierwszej chwili. – Natychmiast postaw mnie na ziemi, Ogrze – zakomenderowała wesoło, nie przestając się śmiać. – No już, ludzie się
na nas gapią – dodała proszącym tonem.

- No, dobra, dobra … ja tam mam niezłe wytłumaczenie, jakby co – mrugnął do nich porozumiewawczo – jestem Artystą, a wiadomo nie od dziś, że takim jak my … odbija! – roześmiał się spontanicznie. Miło pobrzmiewał jej w uszach ten objaw naturalnej radości. Wrażliwy słuch nie był obojętny na brzmiące w nim ciepłe tony, które mogły świadczyć
o poczuciu humoru i zdrowym dystansie do siebie. Kim był człowiek stojący przed nią?

- Tak w ogóle, to nie jestem dziś sama – Iza postawiona z powrotem na pewnej powierzchni odzyskała dawny rezon. – Chciałam, aby poznała Cię moja bratowa. Joanno, oto Marcel, dzięki któremu właściwie mogłyśmy uczestniczyć dziś w tym pięknym koncercie – dokonała prezentacji.

- Zaiste, cudowne wydarzenie – odezwała się Aśka, podając jednocześnie dłoń właścicielowi oczu o niezwykłym kolorze. – Bardzo dziękuję, to … to … przepraszam, ale chyba wciąż jakoś nie mogę oswoić się z myślą, że tamta muzyczna rzeczywistość jest przeszłością – dodała, uśmiechając się przepraszająco.

- Aśka kiedyś grała na skrzypcach, wiesz? – Izka skorzystała z okazji, aby wtrącić swój komentarz.

- Naprawdę? – Marcel aż się zachłysnął z wrażenia. – Koniecznie w takim razie powinnaś poznać naszego skrzypka. Wreszcie będzie miał komu opowiadać ze szczegółami o zaletach swojego nowego instrumentu. To podobno „ostatni krzyk mody” – mrugnął porozumiewawczo i znowu się roześmiał.
Aśka patrząc na jego twarz miała wrażenie, jakby lubił to robić, nie zważając na przybywające mu przez to, zmarszczki mimiczne. Sympatyczne zresztą. Jak w sumie cała postać. Mimowolnie pomyślała, że chyba drzemie wciąż w niej jakiś taki „urwipołeć”, skory do żartów i psot. Wzbudzał jednak zaufanie. Uśmiechnęła się więc lekko i skinęła głową w podziękowaniu.

- Z przyjemnością zobaczę go z bliska – potwierdziła jeszcze słowami.

- Instrument, czy skrzypka? – prowokacyjnie zapytał Marcel, ciekawy reakcji kobiety. Spodobała mu się od pierwszej chwili. Trochę udawał, że nie wie kim jest. Nie chciał jednak zdradzić się zbyt szybko ze swoimi odczuciami, więc obrał trochę inną strategię. Aby nie wypaść z roli, pozwolił sobie na tę małą zaczepkę, podszytą jednakże humorem.

- To się okaże na miejscu, czyż nie? – roześmiała się wesoło, podchwytując żart. Ujęła go tym. Miał nadzieję, że jest dokładnie taka, jaką odmalowała w jego wyobraźni Iza, gdy wspominała
z kim przyjdzie.

***

- Przypominam, że wyjeżdżam w przyszły piątek na koncert i wrócę pewnie w niedzielę w nocy – usłyszał, ledwo postawiła przed nim parujący talerz zupy. Wziął mechanicznie łyżkę do ręki, myślami błądząc wciąż jeszcze wokół innych spraw. Z pewnością nie związanych z rodziną.

- Gdzie tym razem będziecie grać? Przywieziesz mi pamiątkę? – Maks przełknął i spojrzał
na matkę z ciekawością.

- Postaram się znaleźć chwilę, aby poszukać czegoś wyjątkowego – Aśka uśmiechnęła się
do syna. – Mamy jednak zaplanowanych kilka koncertów w różnych miejscach i trudno spamiętać wszystkie nazwy. Może okażą się na tyle sympatyczne, że kiedyś razem tam pojedziemy? Chciałbyś? – spojrzała na Maksa. Był jej Skarbem. Podporą. Bezgranicznie zakochanym Fanem. Cieszyła się, że choć dorastał i zmieniał powoli w młodzieńca, nie tracił swojej wrażliwości. Szczęśliwie wszedł w „okres nastolatka” dość łagodnie. Przynajmniej ona nie miała żadnych problemów, aby się z nim wciąż dobrze dogadywać. Była mu wdzięczna, że potrafi mimo swoich 13-stu lat tak wyrozumiale podchodzić do jej pasji. W sumie to nawet sam zachęcił ją ponad dwa lata temu, aby odnowiła znajomość ze swoimi skrzypcami. Także on dodawał otuchy, gdy wahała się, czy przyjąć propozycję Marcela i zastąpić w zespole jednego
z muzyków.

- Ktoś będzie Was nagrywał? Szkoda, że nie mogę jechać z tobą – Maks znowu przerwał posiłek.

Podobnie jak on, gdyż nie wierzył własnym uszom. Gdzieś znowu wyjeżdżała? Powoli ogarniała go wściekłość. Myślał, że te jej próby i sporadyczne wieczorne wypady, będące w rzeczywistości koncertami to taki przelotny kaprys. Może nawet chęć odegrania się na nim za to, że coraz częściej urywał się z domu, albo przedłużał pobyt w pracy. Nie sądził, aby znała prawdę. Nigdy zresztą nie musiał się jej tłumaczyć z niczego, co robił. Zawsze był „lekkoduchem”, który jak kot – „spadał na cztery łapy”. Uważał, że takie życie mu się należy, więc brał z niego całymi garściami. Rodzina była ważna, ale najpierw liczyły się jego potrzeby lub zachcianki.
Ktoś mógłby doszukiwać się w tym zachowaniu syndromu tzw. „najmłodszego dziecka”, które przyzwyczajono do tego, że wszyscy mu usługują i jest najważniejsze.

- O czym, wy do cholery mówicie! – nie wytrzymał i uderzył pięścią w stół, wywołując strach
w ich oczach. – Chyba nie chcesz mi wmówić, że poważnie należy traktować tę twoją … ekhm – zaśmiał się ironicznie – „karierę muzyczną”. Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele, bo popadniesz
w samo-zachwyt. Może i wystąpiłaś kilka razy przed jakimiś znajomymi Marcela, czy nawet Izki lub Marka, ale nie myśl, że pozwolę ci „szlajać się” po jakiś spelunach, nie wiadomo gdzie … Nigdzie nie pojedziesz – dodał na koniec wierząc, że dobitnie wyraził swoją opinię.

- Po pierwsze nie musisz podnosić głosu. Po drugie nie musisz używać pewnych słów. Po trzecie, co może jest teraz! Najważniejsze … nie będziesz mi dyktował, co mam robić. Szczególnie, że
od dawna zupełnie nie liczysz się z nami. Zachowujesz się niczym gość hotelowy, któremu się wydaje, że jego pieniądze wystarczą na pokrycie wydatków związanych z jego pobytem. Choć wierz mi, że jakbyś miał zamieszkać w takim miejscu ze swoimi oczekiwaniami, to na pewno dużo drożej by cię to kosztowało – Aśka patrzyła mu prosto w oczy, ze spokojem wymieniając kontrargumenty. Zatkało go. Jego potulna zwykle żona nagle śmiała mu się przeciwstawić?

- Nigdzie nie pojedziesz. Koniec dyskusji – wycedził przez zęby, z trudem panując nad gniewem. Dostrzegł jej zaskoczony wzrok, ale zanim otworzyła usta …

- Dlaczego zabraniasz mamie rozwijać jej pasje? – syn niespodziewanie włączył się do rozmowy. – Poradzimy sobie przecież sami. Zawsze możemy odwiedzić ciocię Izę lub dziadków, prawda? – spojrzał na ojca proszącym wzrokiem i uśmiechnął się delikatnie.
W takich momentach tak bardzo był do niej podobny …

- Rób, jak uważasz … - odsunął z hukiem krzesło i wyszedł do przedpokoju. Nie chciał znowu wszczynać awantury, choć wszystko w nim wrzało. Resztki zdrowego rozsądku podpowiadały mu, że „szuka dziury w całym” ze zwykłej zazdrości. Nie chciał jednak dopuścić ich do głosu. Wolał poddawać się emocjom, które coraz bardziej rozpalały jego serce – podobnie, jak ciążące na sumieniu „grzeszki”, które usłużnie podsuwały obrazy żony w ramionach Marcela. Ubrał się szybko. Chciał je zamazać lub usunąć – alkohol nadawał się do tego znakomicie.
Złapał w przelocie klucze i na koniec trzasnął drzwiami.

***

Światła przejeżdżającego ulicą samochodu, wyrwały go z rozmyślań. Spojrzał na trzymaną
w ręku kartkę i raz jeszcze przebiegł wzrokiem po skreślonych piórem słowach …

… kiedy się spalę
w Twoim sercu
gdy się rozwieję
z Twym oddechem
kiedy rozpłynę się
w Twoich myślach -
gdy stanę się tylko
wspomnień echem ...

nie zniknę całkowicie
nie zapadnę się –
głęboko,
jak w wodę kamień
odnajdziesz mnie
w uśmiechach dzieci –
tam właśnie, pozostanę…

Co czuła, pisząc ten wiersz? Kiedy to było? Pytania wirowały mu w głowie. Czy tego chciał, czy nie … pod powiekami i w snach zachował jej obraz – wrażliwej, eterycznej postaci, którą rozkochał w sobie, a potem … unieszczęśliwił. Czuł do siebie niesmak.
Także dlatego, że domyślał się już, dlaczego nie potrafi znieść widoku uśmiechniętej twarzy syna …

Żuławy, okolice Białej Góry - miejsce skłaniające do refleksji



niedziela, 22 marca 2020

Opowieść Pierwsza

„W inną stronę”


„Ale nudy …” – pomyślał Los – „Diabli chyba nadali tą całą ... pożal się -  Bożeeeee - Kwarantannę! A może by tak … „ – zachichotał złośliwie, po czym zabrał się do pracy ...

***

Tego dnia, nie spieszyła się do domu, jak to zwykle bywało. Wiedziała, że o tej godzinie wciąż nikogo tam nie ma. Znowu się „wyłączyła” i nogi jakoś tak same wybrały drogę przez park. Dzień był wyjątkowo ładny, jak na tę porę roku. Słońce zalotnie spoglądało poprzez gęste, choć wciąż nagie gałęzie rosnących tu drzew, zachęcając do spaceru. Stęskniła się za jego promieniami i ciepłem. Miała ochotę pożegnać się z zimowymi ubraniami, krępującymi ruchy. Niezbyt dobrze znosiła niskie temperatury, wiec przez ostatnie miesiące zakładała na siebie kilka warstw różnych materiałów. Może już niedługo pozbędzie się części z nich. Pogrążona w luźnych rozmyślaniach nie zauważyła, kiedy dotarła pod blok. Spojrzała na zegarek. Nadal nie chciało się jej wchodzić do pustego mieszkania. Lubiła, gdy ktoś tam na nią czekał. Usiadła więc na jednej z ławek, popatrując z rzadka na dzieci bawiące się na osiedlowym placu zabaw.
Ileż było energii w tych małych ciałkach …

- Bo się zapatrzysz … - usłyszała nagle głos i jakaś postać usiadła obok niej. Na policzku poczuła delikatny pocałunek i owionął ją znajomy zapach.
- Byłoby w tym coś złego? – spojrzała w szare oczy, dla których dwa lata wcześniej straciła głowę. Nie przypuszczała, że coś takiego się jej przydarzy.
- Czy mam rozumieć, że ja już ci nie wystarczam? – usłyszała zamiast odpowiedzi.
- Wiesz, że to nie tak … - odparła cicho.
- A może … twój zegar zaczął tykać? – pytanie zadane niby dość neutralnym tonem, trochę ją jednak ubodło. Miała 27 lat i chyba nie było nic dziwnego w tym, że zaczynała coraz częściej myśleć o dziecku. Owszem, było im razem dobrze. Nie sądziła, że można z kimś stworzyć tak cudowny związek. Jej wcześniejsze doświadczenia nie napawały nadzieją, że kiedyś będzie to możliwe. W jej życiu było kilku mężczyzn, ale żaden nie dał jej tyle oparcia co osoba siedząca obok niej. Czuła się w tej relacji wyjątkowo bezpiecznie i nie chciała tego tracić. Nawet za cenę odrzucenia ze strony najbliższych. Nie byli w stanie jej zrozumieć. Na szczęście nie musiała wracać do swojej rodzinnej miejscowości.

Miasto, do którego wyjechała po studiach przygarnęło ją i pozwoliło na realizację różnych marzeń. Znalazła tu pracę, a także kogoś, kto ją kochał. Czuła się spełniona, choć ostatnio faktycznie jej myśli coraz częściej biegły też w inną stronę. Oczekiwała zrozumienia i akceptacji swojej potrzeby macierzyństwa, jaka obudziła się w niej niedawno. Czy musiała się z tego tłumaczyć?
- Dziwi cię, że kobieta w moim wieku zaczyna odczuwać potrzebę bycia matką? – teraz ona odpowiedziała pytaniem.
- Nie – padła cicha odpowiedź. W szarych oczach pojawił się pewien smutek. – Wiedziałaś jednak od samego początku naszej znajomości, że nie chcę mieć dzieci. Zaakceptowałaś moje … hmmm … „warunki umowy”. Nic mi nie wiadomo, aby od tamtego czasu coś się w nich zmieniło – usłyszała jeszcze, dość dobitnym tonem wypowiedziane słowa. Zrobiło się jej przykro.
- Naprawdę nic się w tej kwestii już nie zmieni? Może jednak zastanowimy się, czy nie znajdzie się  jakieś zadowalające nas, wspólne rozwiązanie – wiedziała, że nie powinna naciskać, ale … musiała podjąć wreszcie ten wątek. Zwlekała z tym za długo. Powinna była zacząć tę rozmowę wtedy, gdy … Poczuła raptowny ucisk w żołądku. Zabrakło jej na moment tchu na myśl, ile ryzykuje. Było jednak za późno, aby się wycofać. Rozpamiętywanie pomyłek nie miało sensu – otrząsnęła się z rozważań.
– Zrozum mnie proszę. Wystarczy mi na razie, że o tym pomyślisz, na nowo rozważysz wszystkie te słynne „za i przeciw” – powiedziała zbyt wesołym tonem, chcąc rozładować panujące napięcie. Rozmowa nie toczyła się tak, jak tego oczekiwała. – Proszę, pomyśl o tym, choćby pod kątem nas. Nie uważasz, że dziecko mogłoby jeszcze bardziej scementować nasz związek? Fajnie jest być rodzicem, a my, też mamy do tego prawo – dodała jeszcze i w tej samej chwili poczuła, że nie należało tego mówić.

Patrzące na nią z uwagą, na ogół ciepłe i spokojne szare oczy, nieoczekiwanie pociemniały, by już po chwili zmienić się w kolor morskich głębin. Wciągających i niebezpiecznie silnych, kapryśnych i zwodniczych, nie okazujących czasem łaski. Mimowolnie zadrżała na ten widok. Ta piękna, wzbudzająca w niej tyle czułości twarz – pod wpływem jej nieopatrznych słów nabrała ostrych rysów i nagle stała się jej zupełnie obca. Nie wiedziała, co robić. Wystraszona, spontanicznie ujęła spoczywającą obok niej dłoń nieznajomą i zaczęła delikatnie gładzić jej skórę. Poskutkowało. Proces przemian się cofał. Odetchnęła z ulgą …

- Zastanowię się nad tym, dobrze? Wiesz przecież, że dla mnie to bardzo poważna decyzja. Dziecko to nie zwierzak, który oczekuje od nas wyłącznie jedzenia, możliwości swobodnego załatwienia swoich naturalnych potrzeb … no, może niekiedy pieszczot lub zabawy. To druga istota, na dodatek z wolną wolą – choć w świetle naszych przepisów musi się nam jakoś „podporządkować” przez pierwsze 18 lat. Widzę jednak, że naprawdę ci na tym zależy i wierzysz w to, co powiedziałaś. Kocham cię za to, że potrafisz mi otwarcie, a jednocześnie delikatnie przekazać informację o swoich potrzebach – przecież one są dla mnie, równie ważne, jak dla ciebie. Potrzebuję jednak trochę czasu, aby się oswoić z emocjami i znaleźć przekonujące argumenty – wyłącznie dla siebie. Muszę poczuć wewnętrzne przekonanie, że warto czasem rozważyć zmianę własnego zdania … – delikatna mgiełka ciszy osiadła na ich ubraniach.
Gdy jednak podniosła oczy zobaczyła uśmiech, a potem poczuła delikatny, a jednocześnie mocny uścisk na swojej dłoni. Przeszedł ją prąd. Jakże piękna była ta chwila.
Jak dobrze było kochać i być kochanym …

Nie miał specjalnie szczęścia do kobiet, choć starał się zawsze być wobec nich fair. Szkoda, że nie mógł liczyć na wzajemność. Przynajmniej od tych, przed którymi odsłonił kilka ukrytych obrazów swojej duszy.

„Jesteś za miękki, stary” – zabrzmiały mu w głowie słowa kumpla z roku, starego „wyjadacza”. Może Grzegorz miał rację, ale … no właśnie – on miał zupełnie inne podejście. Może tę wrażliwość wyniósł z rodzinnego, kilkupokoleniowego domu, gdzie królowała jego babcia Tosia. To ta, niedużego wzrostu, ale pełna wewnętrznej energii i ciepła kobieta, zaszczepiła w jego męskim sercu empatię. Ktoś mógłby to uznać za słabość. On wierzył jednak, że to właśnie jest jedna z jego „nadprzyrodzonych mocy”. Jak każdy dzieciak w tamtych czasach miał swoich bohaterów, autorytety. W bajkach był nim supermen, a w życiu realnym – babcia. Niewykluczone jednak, że ta wrażliwość była niejako mu przypisana od samego początku istnienia, stając się jego indywidualną cechą. Tak wywnioskował ze słów staruszki, z którą dość często ucinał sobie takie poobiednie #rozmowyPrzyHerbacie

Często mówiła dość zawile, jakby kluczyła nieznanymi nikomu ścieżkami, aby „zmylić pogoń”. Bywało, że tak prowadzone konwersacje, strasznie go irytowały. Wściekał się w duchu, że nie może usłyszeć jasnego przekazu, że wciąż musi się czegoś tam domyślać.
„Ach, te ‘Babcine Tajemnice’ …” – westchnął cicho, ale jednocześnie z jakimś rozrzewnieniem. Odkąd jej zabrakło stracił nadzieję, że dowie się czegokolwiek więcej o sobie, jeśli nie podejmie starań w tym kierunku.
Wciąż pozostawała jakaś maleńka szansa na to, że zdobędzie dostęp do Pamiętników. Nie chciał się tak szybko poddawać. Ta „GRA” jeszcze się nie skończyła. Nie zamierzał „opuszczać stołu”. Nadszedł czas, aby w odpowiedni sposób wykorzystać część otrzymanego spadku. A One musiały się z tym pogodzić. Choć byłoby lepiej, gdyby same zechciały opowiedzieć mu coś więcej o tych rodowych tajemnicach i tradycjach, które ukrywały przed wszystkimi. Czy naprawdę musiały to robić nawet przed własną Rodziną? – przecież on też do niej należał! i przenigdy nie zdradziłby żadnych sekretów. Nie ufały mu, zatem … Gdy uświadomił to sobie, ogarnął go gniew, którego płomienie podsycały kolejne niewesołe myśli. Postanowił jak najszybciej wyprowadzić się.
Nie było istotne gdzie, czy może do kogo. Czuł, że nie może tu dłużej zostać, że oto nadszedł „czas zmian”, a on – jako Mężczyzna – musi stawić im czoła.

„Dziękuję, Babciu” – pomyślał w chwili, gdy otwierał kluczem drzwi nowego mieszkania.
Po miesiącach „waletowania” u przygodnie poznawanych znajomych, miał wreszcie coś na kształt „własnego kąta”. Jeszcze nie wiedział na jak długo w nim pozostanie, jednak … nie było sensu aż tak wybiegać w przyszłość. Miał za mało wskazówek, aby powalczyć o „główną nagrodę”. Obiecał sobie zresztą, że na powrót nauczy się cieszyć z „rzeczy małych”.
Babcia od zawsze przecież powtarzała, żeby „nawet małymi krokami, ale do przodu”
– uśmiechnął się na wspomnienie tej sceny z dawnego życia, a obraz staruszki – jakże żywy – stanął mu przed oczami. Był ciekaw, gdzie zamieszkała ta Energia, która napędzała przez tyle lat jej drobniutkie w sumie ciało … Czy uleciała w Przestworza i czeka na „kolejną szansę”, by wrócić na Ziemię, czy może już przywdziała płaszcz z piór i będzie tu wracać w zupełnie innej postaci? Gdyby tak było, to już zazdrościł temu śmiertelnikowi, któremu przypadnie w drodze losowania ten właśnie niebieski Opiekun.

Ocknął się z rozmyślań. Lubił pierwszy wracać do pustego mieszkania i ogrzewać je własną osobą. To ... no, było trudne do wytłumaczenia uczucie. Jakby miał moc, która może „tchnąć życie” w coś, co wcześniej go nie miało. „(…) to JA! Jestem Bogiem … uświadom to sobie (…)” – zanucił pod nosem słowa dawno zapomnianej przez niego piosenki. Pasowała do tej sytuacji wyjątkowo. Spontanicznie się roześmiał …
Jedno było pewne – chciał stworzyć partnerski związek. Chciał być w porządku wobec kobiety, którą wybrał na towarzyszkę swojego życia. Obiecał sobie, że zapewni jej bezpieczeństwo, poczucie, że jej potrzeby są równie istotne i dla niego. Nie spieszył się. Pań w jego studenckim otoczeniu nie brakowało. Młodzież z różnych uczelni w mieście szybko się integrowała ze sobą, choć czasem zdarzały się oczywiście pewne animozje. On jednak był pokojowo nastawiony, więc liczba nawiązywanych znajomości w różnych miejscach, rosła z każdym miesiącem pobytu na uczelni. Poznane przez ostatnie dwa lata dziewczyny, często dawały mu do zrozumienia, że jest dość atrakcyjnym facetem. Do pewnego momentu trzymał się swoich „Zasad”, wierząc że pozna tę, która przychodziła do niego w snach, czy może już nawet w wyobraźni.
Szukał jej w kobietach, które mijał na ulicy, w sklepie, na uczelni, czy wreszcie studenckich knajpach.

Los musiał tego dnia mieć wyjątkowo dobry humor, ponieważ … wreszcie Ją odnalazł. Tam, gdzie zupełnie się tego nie spodziewał. Było to tak nierzeczywiste, wręcz bajkowe, może nawet graniczące z cudem. Wierzył jednak, że to drgnienie serca, które poczuł po raz pierwszy w jej obecności musiało znaczyć coś więcej, niż … zwykłe może w takich sytuacjach – oczarowanie. Nie potrafił tego logicznie wyjaśnić. A może nie miał ochoty tego robić. Może należało zdać się na intuicję? Do tej pory żył w przekonaniu, że zna się na ludziach – to była przecież kolejna odziedziczona w spadku po babci cecha. Choć może nie aż tak dominująca …

Wyczuwał, że nigdy Matce swojej Matki nie dorówna. No, może gdyby urodził się jako dziewczynka, byłoby to możliwe. Szczególnie jeśli przyjąć, że teoria o dziedziczeniu pewnych genów w drugim pokoleniu okazałaby się prawdziwa. Te babcine, z-wodniczo szaro-zielone, roziskrzone – jak u kotów – oczy, miały jakąś tajemniczą, hipnotyzującą moc. Ulegał jej. I było mu z tym dobrze.
Niestety coraz częściej odnosił wrażenie, że nie pasuje do obecnych czasów, czy też może otaczającego go na co dzień świata. Czuł się tak, jakby trafił do alternatywnej rzeczywistości, jakby zamienił się z kimś mu podobnym – miejscami … Tylko, dlaczego? Ubolewał nad tym, że od dawna nie mógł uciec w bezpieczne ramiona staruszki. Nawet już wtedy, gdy wyrósł z niego niezły dryblas, potrafiła go ukoić swoim drobnym, ale tak niespodziewanie silnym ciałem. Jakże tęsknił za wspólnymi rozmowami. Ona z pewnością udzieliłaby mu wskazówek. Potrzebował ich. Pogubił się … 

„Jesteś za miękki, stary” – przypomniały nagle o sobie słowa Grzegorza. Ponownie poczuł, że jego kumpel, z którym "pomieszkiwał" od samego początku w akademiku, może mieć rację. Nie chciał być już wykorzystywany przez kobiety. Może nadszedł czas, aby to on – zupełnie już! świadomie zamienił się z kimś swoim życiem. Podjął decyzję. Skinął szybko na barmana.
Po czym przysunął do siebie popielniczkę. Nie odczuwał żadnych skrupułów, aby w otoczeniu gęstego papierosowego dymu oraz szklaneczki z grubo ciętego szkła, zrobić krok w bok.

„Korzystaj ... z życia... chłopie – patrz na mnie” – bełkotał niejednokrotnie Grzegorz po powrocie z kolejnej, mocno zakrapianej alkoholem imprezy, by po chwili paść nieprzytomny na nieposłane od dwóch dni łóżko. Nie był zainteresowany takim sposobem spędzenia tych kilku lat na studiach. Mógł jednak znaleźć swój własny. W głowie krystalizował mu się powoli, aczkolwiek sukcesywnie, pewien plan. „Może nadszedł czas, aby po raz kolejny skorzystać ze spadku?” – pomyślał, po czym dopił drinka i poszedł w stronę parkietu. Zdał się na swój "instynkt łowcy" i …
Następnego dnia, wracając do mieszkania poczuł, że może jednak sprawdzić się w tej nowej roli.

***
Przez okna zajrzał księżyc. Los oderwał palce od klawiatury i chwycił nimi machorkę i krzesiwko. Zapisał dziś trochę stron. Zasłużył na chwilę przerwy. Głęboko wciągnął mleczny dym. Po chwili znowu przeniknął przez granicę swojej wyobraźni.

Nie sądziła, że złamie daną sobie spontanicznie obietnicę, że …
nigdy więcej nie zawita do miejsca, które na własne potrzeby nazywała „Miastem z przeszłości”. Cóż, z pewnością była to większa aglomeracja. To właśnie tutaj przyszło jej spędzić ponad 5 lat.
„Całkiem spory kawałek czasu – prawie 1/6 długości mojego życia" – pomyślała ...

Wiadomość o firmowym wyjeździe integracyjnym, którą odebrała dwa tygodnie wcześniej lekko namieszała w jej psychice. Nie chciała tam jechać. Nie miała jednak specjalnie wyjścia.
Szczęśliwie dla niej, większość Towarzystwa w krótkim czasie zaaplikowała sobie taką dawkę procentów, że ... każdy przestał "śledzić" zachowanie współ-pracowników. To była dla niej szansa - okazja, aby wymknąć się niepostrzeżenie.
Bez konieczności opowiadania wymyślonych na poczekaniu - choć możliwych ... historyjek. 
Z prawdziwą ulgą zamknęła za sobą drzwi. Miała nadzieję, że nikt jej nie zauważył. W końcu nigdy nie pchała się na afisz i nie marzyła o "gwiazdorskiej obsadzie" ... Nogi poniosły ją znajomą trasą. Ze zdziwieniem uświadomiła sobie, że znalazła się znowu na … a może raczej … w - jednej z dzielnic swojego rodzinnego miasta. Była pewna, że tam brama – jak zawsze – będzie zachęcała do tego, aby wejść. Z zaskoczeniem zarejestrowała, że … tym razem jednak nie spotka się z Gospodarzami osobiście.

- Co teraz? – usłyszała znienacka słowa, wypowiedziane miękkim tonem, zdecydowanie jednak męskim i obróciła się o 180 stopni. W tej samej chwili spojrzenia dwóch "Nieznajomych" sobie Osób zetknęły się i … nieoczekiwanie wywołały impuls. U obu … 

***
„… żeby było sprawiedliwie” – pomyślał Los i zachichotał. Potem podkręcił wąsa i oddał się dalszemu procesowi twórczemu …

- Nie mam pojęcia – odpowiedziała bez zastanowienia i wzruszyła ramionami. Nie była przygotowana na nowe znajomości i przypadkowe pogawędki. Nie miała specjalnie ochoty, aby podejmować wątek tej … rozmowy?
Nie była nawet pewna, czy tę wymianę ogólników można uznać, za dialog. Poza tym przyjechała tu przecież w innym celu – aby się zrelaksować przy dźwiękach muzyki przede wszystkim. Słów miała dość. Przynajmniej na razie. Potarła w roztargnieniu nos, natrafiając opuszkiem palca na mały brylancik. Błysnął delikatnie w świetle stojącej niedaleko lampy, jakby „puszczał oczko”. Do kogo?

- Lid-er-ka? – na dźwięk przekształconego w jej młodzieżowe pseudo imienia drgnęła. Skąd je znał? Od tak dawna nikt go nie używał …
Nagle napłynęły do niej obrazy, które od jakiegoś czasu pokryły się naturalnym kurzem wspomnień … Nudne wykłady, walka o oceny na egzaminach, a wreszcie … ten dzień, który trudno jest wymazać szybko z pamięci. Obrona i …  jej „oblewanie”. 

Impreza była wyjątkowo huczna, przeciągając się na kolejne godziny następnego dnia. Nieźle wtedy zabalowała – nawet teraz była w stanie przywołać uczucie, jakie jej potem towarzyszyło. Prawdziwy „kac Gigant”, którego nigdy więcej nie chciała doświadczać. Wspomnienia wzbudziły nagłe emocje – poczuła, jak lekko palą ją uszy ze wstydu. Dobrze, że był wieczór i on nie mógł tego zobaczyć. Powinna dopilnować jeszcze, aby nie usłyszał w jej głosie paniki, jaką zaczęła odczuwać w towarzystwie ... już nie-nieznajomego Mężczyzny. 

Rozejrzała się nieznacznie, zastanawiając się w duchu, jak wyplątać się z tej niekomfortowej dla niej sytuacji. Miała nadzieję, że ich drogi życia więcej się nie przetną. Zbyt wiele "poświęciła". Poza tym wreszcie! kilkuletnia terapia przyniosła spodziewany efekt. Wierzyła, że naprawdę wyleczyła się z miłości do niego. Nie chciała dłużej kontynuować tego – w sumie – toksycznego związku. Cóż, kiedy tak trudno było zapanować nad porywami serca. Był wtedy dla niej jak narkotyk – obiecywał najbardziej niesamowite doznania, o których wcześniej się jej nawet nie śniło i ...
... trzeba przyznać, że dotrzymywał słowa. 

Niestety jednak, z każdym dniem oplatał ją coraz bardziej, odbierając zdolność logicznego myślenia. Jakby rzucał na nią jakiś urok, zamieniając w bezwolną marionetkę.
Trochę jednak zbyt późno to zrozumiała.

... a może właśnie TERAZ!
należało zrobić wreszcie "krok w bok"?
- by uniknąć ... 'czołowego zderzenia' ..


Nie szukaj już
proszę
drogi
do moich ust
zaciśniętych
w niemym gniewie


Nie dobijaj się
więcej
do bram
mojego serca
kołaczącego
nerwowo w piersi


Poniechaj wreszcie
odkrywania
tajemnic
mojego umysłu
próbującego
wyciągnąć wnioski


Zapomnij
o delikatnym
dotyku
mojego ciała
- ulegało ci
zbyt często


Teraz
i tu - jestem
na 100%! kimś innym ...



- wyszeptała miękkim, lekko drżącym od emocji tonem, po czym .... znajomym zwinnym ruchem musnęła wargami jego policzek. Otulił go przez chwilę znajomy zapach. Otumanił może nawet, gdyż - zanim się ocknął, jej już nie było ...

"Ja również" - miał ochotę zakrzyknąć, ale ... jego cudownie Uwodzicielski głos, który potrafił oczarować duszę niejednej Kobiety, niespodziewanie ... napotkał dźwiękoszczelną ścianę, przez którą nie potrafił się przebić.
Patrzył bez-Namiętnie - za oddalającą się powoli sylwetką Kobiety. 
Tej, Której mógł pomóc w odzyskaniu ... Wiary w Miłość.



#mojaKwarantanna2020
#zostańwdomuPiszKsiążkę

czwartek, 13 lutego 2020

Łatwiej powiedzieć, niż ...

Gdy zadzwonił telefon, widok wyświetlającego się na ekranie komórki imienia wzbudził w niej niechęć do tego – bądź, co bądź przydatnego – sprzętu. Nie chciała z nim rozmawiać. Spotkali się niecały miesiąc temu i oczywiście znowu padło sporo gorzkich słów. Z obu stron. Wzajemnych żali i pretensji, które narastały od dłuższego czasu. Wiedziała, że z pewnych względów trudno było tak zupełnie się nie widywać. Mieszkali przecież w jednym mieście, a ono wcale nie było jakąś metropolią. Nie była mocna ze statystyki – w końcu miała poprawkę z tego przedmiotu na studiach – ale z pewnością szanse na takie nawet przypadkowe dość spotkania były duże. Nic nie mogła na to poradzić, więc poniechała rozmyślań na ten temat. Gdy wpadali na siebie nie unikała przywitania się i krótkiej wymiany standardowych „grzeczności”. Nie była jednak w stanie przemóc się, aby odbudować ich dawne relacje. Próbowała czasem zrozumieć jego postępowanie, ale … chyba jednak brakowało jej empatii. A może wciąż przemawiała przez nią jakaś gorycz, która budziła się w niej przy niemal każdym kontakcie. Oczywiście miała świadomość, że też nie jest bez winy. Nie miała łatwego charakteru i może za często chciała narzucać własne zdanie.
„Lubię siebie taką, jaką jestem” – przytoczyła w myślach słowa, które jak mantrę recytowała kiedyś razem z innymi na jednym z obowiązkowych szkoleń, będących stałym punktem wszelkich firmowych wyjazdów integracyjnych. Może i powtarzanie tego zwrotu miało jakiś głębszy sens. Ona go nie widziała. Do czasu. Od niedawna czuła bowiem, że te słowa trzymają ją w pionie za każdym razem, gdy miała stanąć z nim twarzą w twarz lub choćby porozmawiać przez komórkę. Czego tym razem chciał? Po co dzwonił? Miała nadzieję, że przeprowadzając się w inne miejsce nie będą widywali się zbyt często. Potrzebowała czasu, aby poukładać sobie w głowie pewne sprawy. Uporczywy dźwięk dzwonka wyrwał ją z chwilowego zamyślenia. Wiedziała, że musi odebrać. Był uparty i na pewno dzwoniłby do skutku. Westchnęła więc tylko do siebie i wzięła telefon do ręki, próbując uspokoić bicie serca.

- Cześć – przywitała się krótko mając nadzieję, że uda się jej zapanować nad emocjami.

- Cześć i czołem! Mam niespodziankę dla ciebie. Będę za pół godziny. Jesteś w domu? – co oznaczał ten jego zbyt wesoły, jak na jej gust ton? Zaciekawienie jednak wzięło górę. Zawsze potrafił ją zaintrygować. A ona, mimo ukończonych trzydziestu kilku lat wciąż zachowywała się jak mała dziewczynka na dźwięk słowa „niespodzianka”. Szczególnie, gdy wypowiadał je on, bo budziło skojarzenia z – jak to się czasem mówi – „starymi, dobrymi czasami”.

- Jestem – odparła cicho.

- Sama? – zachichotał, co lekko ją zirytowało. Czy naprawdę musiał być aż tak wścibski?

- To nieistotne. Będę czekać przy furtce – odpowiedziała tylko. Nie zamierzała go zapraszać do siebie.

- Już się cieszę. Trochę dni upłynęło odkąd wpadliśmy na siebie. Stęskniłaś się za mną? – znowu głupkowato zachichotał, co spotęgowało obudzoną w niej irytację. Miała ochotę przerwać rozmowę, odmawiając ostatecznie spotkania. Nawet kosztem niespodzianki. – Ojejku. Żartuję przecież. Ale ok, już nie będę – zreflektował się nagle. – Jestem pewien, że nie będziesz żałować. Do zobaczenia.

Zakończył połączenie, nie czekając aż zmieni zdanie. Chciał ją znowu zobaczyć. To prawda, przez jego nieodpowiedzialne zachowanie oddalili się od siebie. Niestety na tyle, że powrót do dawnych relacji był raczej niemożliwy. Brakowało mu tej więzi, bliskości. Nie czuł takiej z nikim innym. Nie miało znaczenia, że dzieliły ich trzy lata różnicy na jej niekorzyść. „A może jednak korzyść?” – przemknęło mu przez głowę. Wszystko zależało od subiektywnego spojrzenia, a każdy miał własną perspektywę. Jemu nie przeszkadzało, że była starsza. Może nawet w jakimś stopniu ta w sumie niewielka różnica wieku była mu na rękę, bo zdejmowała z jego barków pewną odpowiedzialność. Odkąd pamiętał świetnie się dogadywali. Podziwiał ją. Mimo upływu lat wciąż była czarującą kobietą. Wiedział, że podoba się mężczyznom. Nie dziwił się więc Markowi, że bywał czasem zazdrosny o jej znajomości z innymi facetami. Odnosił wrażenie, że wobec niego też w jakimś stopniu żywi podobne uczucia. To z tego powodu zadał pytanie, czy jest sama w domu. A ona chyba coś znowu opatrznie zrozumiała, bo wyczuł w jej głosie lekką złość. Nie chciał jej denerwować. Nadal ją przecież kochał. Była wciąż dla niego ważna. Zdawał sobie jednak sprawę, że ostatnio swoim zachowaniem wzbudził w niej niechęć. Kierował się głównie swoimi potrzebami i zachciankami. Tak, bywał samolubny. Chciał jednak cieszyć się życiem. Może nigdy tak naprawdę nie wydoroślał? Otrząsnął się z rozmyślań. Miał dobry nastrój i nie chciał go sobie psuć. Nie dziś. Nie przed spotkaniem z nią. Wsiadł w samochód.

Czekał przed furtką z zagadkowym uśmiechem. Przeszła powoli przez ogród, który teraz tonął w ciemnościach, przetykanych jedynie bladym światłem stojących z rzadka latarni. Niezbyt skutecznie rozświetlały uliczkę, która kończyła się niedaleko, przechodząc w zagajnik. Za dnia lubiła tam spacerować i słuchać szumu rosnących drzew.

- Zaskoczyłem cię, co? – mrugnął do niej zawadiacko, ale tym razem nie próbował pocałować jej nawet w policzek. – Przejdziemy się?

- Mam pół godziny – zastrzegła się od razu, patrząc wymownie na zegarek. Zrobiła to specjalnie. Niespodziewany telefon trochę wytrącił ją z równowagi. Co prawda nie miała jakiegoś wyszukanego planu na wieczór – zamierzała go w spokoju spędzić z książką. Lubiła niekiedy zostawać na weekend sama w domu. Mieli z Markiem od jakiegoś czasu taką niepisaną umowę, że raz w miesiącu zabierał syna na jakąś wycieczkę z noclegiem. Cieszyła się, że mają taki dobry kontakt. Nie każdy przecież facet sprawdzał się w roli ojca. Te ich „męskie wypady” zacieśniały między nimi więzy, a jej dawały chwilę tylko dla siebie. Mogła odpocząć od typowych, codziennych obowiązków. Często spotykała się wtedy ze znajomymi lub … zostawała w domu – jak dziś, aby poczytać lub obejrzeć swoje babskie seriale, za którymi oni nie przepadali. Świadomość, że może wtedy swobodnie dysponować czasem, działała na nią kojąco. W takich chwilach odzyskiwała pewne poczucie wolności, które niekiedy zatracała w ferworze codziennych obowiązków. Nie zamierzała z tego rezygnować. Tymczasem zmieniała plany. Dla niego – po raz nie wiadomo który. Nie mogła pojąć swojego zachowania. Nie była mu nic winna. Był dorosłym facetem, który musiał wreszcie wziąć odpowiedzialność za to, co robił. Zbyt łatwo do tej pory przychodziło mu wiele rzeczy. Za rzadko ponosił konsekwencje podejmowanych pochopnie decyzji.

- Wystarczy. Nie zajmę ci dużo czasu. Nie jesteś ciekawa, jaką mam dla ciebie niespodziankę? – zagadnął, kiedy ruszyli z miejsca.

- Co ty znowu wymyśliłeś, co? Jest wpół do jedenastej. Wyszedłeś z imprezy bez Marty? – Ostatnie pytanie wymknęło się jej znienacka z ust, choć miało zostać zadane wyłącznie w myślach. Nic jednak nie mogła poradzić, że odczuwała lekkie rozdrażnienie.

- Wyluzuj. Chciałem cię zobaczyć i … tak niezobowiązująco pogadać – odparł pojednawczo, wyczuwając, że się lekko nastroszyła.

- Pogadać? O czym niby? Mamy sobie jeszcze coś do powiedzenia? – rzuciła gniewnie, wspominając ich ostatnie spotkanie.

- Myślę, że tak. Za dużo rzeczy nas łączy, mimo … – zawahał się, jakby nie był pewien jak to ująć. – Dobra, nieważne. Możemy nie gadać, jeśli nie chcesz. Przespacerujmy się, jak kiedyś się nam to zdarzało – odparł, po czym sięgnął po paczkę papierosów. Zatrzymał się, wyjął jednego i zapalił. Zaciągnął się łapczywie, przytrzymując powietrze na dłużej. Gdy je wypuścił, doleciała do niej charakterystyczna woń. – Proszę – podał jej jointa. – Oto moja niespodzianka. Pewnie dawno nie miałaś okazji, bo … „robiłaś to chyba tylko ze mną” – dokończył w myślach. Wiedział, że Marek nie pochwalał żadnych nałogów. Gdy przypadkowo spotkali się na jakimś koncercie, szybko okazało się, że nawet alkohol pijał sporadycznie. Na dodatek gustował wyłącznie w wytrawnym czerwonym winie, którego on sam nie znosił. Ciekawe, jak by zareagował, gdyby dowiedział się, co teraz robi jego kobieta. Chciał jednak wprowadzić ją w dobry nastrój. On już taki miał, bo zanim się z nią zobaczył, zdążył wypalić jednego. – Wyjeżdżam z Maksem w następny weekend. Wspominał ci o tym? – odezwał się, chcąc przerwać panującą między nimi ciszę. Lekko mu ciążyła, a on był ciekawy, co opowiedział jej syn.

- Owszem, mówił mi coś o tym – nie była pewna, jaki cel miało to pytanie. Potrzebował się upewnić, że stanie po jego stronie? Nie tym razem. Nie mogła tego zrobić po tym, co usłyszała od chłopaka. – Uważam, że źle postępujesz.

- Łatwo jest podejmować decyzje z tylnego siedzenia, prawda? – rzucił mimochodem, ale ona wyczuła w tych słowach poirytowanie.

„Może czas, abyś to ty wreszcie usiadł na przednim …” – odpowiedziała gniewnie. Tym razem zrobiła to jednak wyłącznie w swoich myślach. Nie chciała zaogniać konfliktu między nimi, który trwał od jakiegoś czasu. I pomyśleć, że kiedyś tak świetnie się dogadywali. Rodzina i znajomi chyba nawet zazdrościli im tej więzi, jaka łączyła ich od wielu lat. „Rany! Ale jestem stara …” – pomyślała spontanicznie, a potem się roześmiała. Tak cichutko, aby on nie usłyszał. Ogarnęło ją uczucie lekkości, jakby opadły z niej łuski wszelkich stresów, jakie ostatnio odczuwała. Przywołała się jednak do porządku. On pewnie opatrznie odbierze jej rozbawienie i raczej nie będzie to interpretacja korzystna dla niej. Już nie …

- Co chcesz usłyszeć? – zadała to pytanie najbardziej łagodnym tonem, na jaki było ją stać w tej chwili. Przystanęła raptownie i zagrodziła mu drogę, spoglądając prosto w twarz.

„Zawsze będziesz tonąć w głębi jej oczu …” – myśl napłynęła znienacka. Drgnął mimowolnie od dreszczu, który raptownie przeszedł go po plecach. Jej zielone – w przeciwieństwie do jego – źrenice nieodmiennie go hipnotyzowały. Było tak, odkąd tylko sięgał pamięcią. Nadal nie potrafił się wyzwolić spod ich wpływu.

- Ponawiam pytanie. Co mam ci powiedzieć, żebyś poczuł się lepiej? Czego właściwie ode mnie oczekujesz? – uśmiechała się, ale w jej oczach dostrzegł nagle tę ‘twardość’, która go czasem elektryzowała. – Staram się nie wtrącać w życie innych, bo mam swoje. Jesteś dorosły i musisz teraz sam  podejmować pewne decyzje. Sam! – powtórzyła głośniej, aby podkreślić wagę swoich słów.

Musiała nim potrząsnąć. Wiedziała, że czasem życie różnie się układa, dlatego starała się unikać oceniania innych ludzi. Próbowała też go jakoś wytłumaczyć przed samą sobą, ale … gdy zaczęła łączyć pewne wątki, obraz tego, co zaczęło się z nich wyłaniać, niespecjalnie się jej spodobał. Owszem, każdy ma prawo do szczęścia. Uważała jednak, że nie powinno się przy okazji krzywdzić tych, których się kocha. A on to robił. Co prawda i ona wciąż darzyła go uczuciem, ale pewnych rzeczy nie umiała mu wybaczyć.

– Obiecałeś mu. Nie możesz zmieniać tak nagle wcześniejszych ustaleń. To miał być tylko wasz wyjazd i on na to liczył. Tak bardzo się cieszył na myśl o tym, że spędzicie we dwóch ten czas. Myślę, że on tego potrzebuje, może nawet bardziej, niż kiedyś. A ty mu nagle oznajmiasz, że jedzie z wami Marta? Czy nie rozumiesz, że on bardzo przeżywa twój … niespodziewany związek? Nawiasem mówiąc, trudno mi uwierzyć, że w przeciągu tych zaledwie kilku ostatnich miesięcy zakochałeś się w kimś, kogo wcześniej nie znałeś. Podejrzewam, że romansowałeś z nią na długo przed tym, jak … – na chwilę odebrało jej mowę. Może gdyby nie ta jego „niespodzianka”, pod wpływem której zdążyła się już lekko rozluźnić, wygarnęłaby mu wszystko, co leżało jej na sercu. Nie spodziewała się, że może dopuścić się zdrady. Widocznie jednak nie znała go wystarczająco dobrze.

- Nie układało się nam przez ostatnie lata. Dobrze o tym wiesz – odezwał się szorstko, nie kryjąc już złości. Nikt w końcu nie lubi, gdy mu się wypomina różne „grzeszki”. On reagował na słowa krytyki pod swoim adresem wyjątkowo źle. Może dlatego, że czuł się w jakimś stopniu winny. Nic jednak nie mógł poradzić, że uczucia, które wcześniej żywił do swojej – teraz już byłej żony – z upływem czasu przygasły. Nagle okazało się, że nie mają już wspólnych zainteresowań, a wolny czas woleli spędzać w zupełnie inny sposób. Najlepiej osobno. Ona nagle przypomniała sobie, że kiedyś uwielbiała grać na skrzypcach i dołączyła do jakiegoś amatorskiego zespołu. Coraz rzadziej bywała w weekendy w domu, bo jeździła z nowymi znajomymi na różne koncerty. Traf chciał, że z jednego już do niego nie wróciła.

- Nie jest teraz istotne, co ja wiem lub czego się domyślam. Jedno jest pewne – Maks w przeciwieństwie do nas, pewnych rzeczy nie był świadomy. Twój związek z Martą jest dla niego szokiem. Nie chciałabym cię pouczać, ale ktoś musi ci to powiedzieć. Uważam, że to naprawdę nie w porządku, że wprowadzasz w jego życie zupełnie obcą mu w sumie kobietę i to w taki sposób. Przecież od śmierci twojej żony, a jego matki minęło zaledwie kilka miesięcy.
Ale zrobisz, co zechcesz. W końcu jesteś już „dużym chłopcem”, braciszku – dodała tylko, po czym zamknęła za sobą furtkę.


niedziela, 1 grudnia 2019

jest Nadzieja ...

Co prawda nie odwracała głowy na widok wózków z bobasami i nie krzywiła się, napotykając na swej „drodze dojrzałej Kobiety” dzieci od 3 lat wzwyż, ale … w duchu cieszyła się, że te wczesne lata macierzyństwa ma już dawno za sobą. Owszem, były to piękne momenty na ścieżce jej życia, ale na tamte czasy. Nie na te, obecne. Poza tym, jak mogłaby się nimi cieszyć bez … - lekki skurcz chwycił ją za gardło i szybko odbiegła myślami w zupełnie inną stronę.

Listopad zbliżał się, przypominając o sprawach, o których starała się na co dzień nie pamiętać. Wywoływały niepotrzebne zmiany nastroju. Nie chciała tego. Czuła, że musi wreszcie zamknąć ten rozdział i rozpocząć nowy. W końcu czające się za ramieniem losu pół wieku nie musiało być takie straszne. A może miało jakąś magiczną moc. Może była to jakaś czarodziejska liczba. Chciała w to wierzyć. Stała bowiem już zbyt długo na „rozstaju”. Należało się wreszcie ocknąć, a przynajmniej podjąć ostateczną decyzję, dokąd iść. Westchnęła dramatycznie. Wygodna kanapa, z której tak się cieszyła, teraz wydawała się zbyt ogromna na jej potrzeby i przez to także … pusta. Oczywiście w tej rzeczywistości, bo w jej równoległej „alternatywie” – wyglądało to zupełnie inaczej.

„Skąd przyszedł jej do głowy pomysł, aby mnie zabrać do ZOO?” – to pytanie uparcie krążyło wokół jej głowy, choć minęła niecała godzina od momentu zakończenia rozmowy z córką. Nurtowało ją, bo dawno nie miała tyle problemu, aby domyślić się motywów działania swojego dziecka. Jedynego dziecka. Następcy. „Następczyni” – automatycznie poprawiła się w myślach. Ona swoje zadanie wykonała, choć nie było proste. Była zdziwiona tym, że się jej udało, bo jeszcze te … trzydzieści lat temu nie dopuszczała możliwości, że się na to zgodzi. Buntowała się. „Zmieniaj to, co jest możliwe do zmiany, a z tym, czego zmienić w danej chwili nie możesz, nie walcz. Przyjdzie czas, że Twoje „puzzle przeznaczenia”  wskoczą na odpowiednie miejsca. Pamiętaj, że Kobiety w naszym Rodzie są silne” – mawiała jej, dawno już nie żyjąca prababcia. Olimpia odnosiła czasem wrażenie, że tylko Ona chciała ją zrozumieć tak naprawdę. Jakby łączyła je wyjątkowo silna moc – taka, która zdarza się wyłącznie w opowieściach snutych w gronie mniejszych lub większych społeczności. Czuła, że prababcia Marianna kocha ją tak, jak nikt inny by nie był w stanie ...

Dla niej, było niemal cudem, że staruszka dotrwała tak sędziwego wieku, jak 103 lata, zachowując jasność umysłu lepszą, niż ludzie o połowę młodsi. Te jej kojące zielone oczy pozostały bystre do ostatniego oddechu. Olimpia wiedziała to najlepiej. W końcu była przy tym, gdy najstarsza w rodzie zamknęła na zawsze rozdział życia swojego ciała na tym świecie. Co do ducha, to Ola – jak lubiła skracać swoje imię – nie była pewna. W rodzinie od dawna wyznawano teorię reinkarnacji, a magia oplatała ich mniej lub bardziej delikatnie. Ona sama też miała pewne „moce”. Jednakowoż, nie lubiła ich używać za często. Nie wszystkie w Rodzie potrafiły to uszanować, a od zrozumienia dzieliła je niemal przepaść. Trzymały się jednak przekazywanych z pokolenia na pokolenie zasad. One co prawda też musiały się trochę zmieniać, bo świat szedł naprzód, a ludzie wciąż żyli nadzieją odkrycia wszystkich tajemnic wszechświata.  Szkoda, że nie zastanowili się, co będzie wtedy, gdy je rozgryzą … Poza tym źle się czuła z myślą, że mogłaby manipulować życiem tych, którzy byli inni od niej. To byłoby bardzo nie w porządku wobec nich. Czasami dopuszczała jednak odstępstwa od wpojonych tradycji. Najczęściej robiła to w jakimś szczytnym celu – oj, tak … wtedy nie miała skrupułów. Potrzebowała czasem pomóc tym, których lubiła, szanowała i kochała.

„Co się stało, że zadzwoniła tak nagle? Czyżby … ?” – kolejne pytanie bez odpowiedzi, niebezpiecznie zawisło w powietrzu. Po chwili jednak słaba nadzieja, która zakiełkowała w jej sercu, poczuła się trochę pewniej i zaczęła zagarniać coraz więcej miejsca – także w głowie. „Cóż, nie dowiem się tego, jeśli zostanę w domu”- pomyślała i spojrzała na stojący na szafce pękaty zegar. Lubiła go, choć budził też trochę bolesnych wspomnień. Miała półtorej godziny, aby podjąć ostateczną decyzję. Wstała z kanapy i wyjrzała przez okno. Niebo szykowało jakieś niespodzianki. Czuła to. Słońce droczyło się z chmurami, a może przeciwnie – to one z nim. Do tego wszystkiego jeszcze wiatr nie mógł się chyba zdecydować, czy chce mu się angażować w te „przepychanki” na nieboskłonie, czy jednak nie. Westchnęła raz jeszcze, po czym ponownie usiadła na kanapie. Głowa niby w obłokach, ale w otoczeniu stad różnych myśli. Była tym zmęczona. Nie chciała już doznawać zbyt gwałtownych emocji. Czyżby powoli przekraczała jakąś magiczną granicę? A może jednak traciła siły z zupełnie innych powodów? Długo trwało, zanim przyznała przed samą sobą, że ostatnio brakowało jej motywacji. Do czegokolwiek …


„Co ja sobie myślałem? Wariuję chyba na stare lata” – Olaf stał przy wejściu do Ogrodu, czekając wraz z innymi, aby kupić bilety. Kolejka posuwała się wyjątkowo wolno, choć niby były czynne dwie kasy. Ta powolność nie byłaby w sumie nawet taka zła - dawała szansę, aby odwlec moment zawodu. Jednak towarzystwo dwóch rozbrykanych kilkulatek, do którego nie był specjalnie przyzwyczajony, był trudny do zniesienia. Rozglądał się więc nerwowo nie wiedząc, czy i jak radzić sobie z czasem. Nie był przyzwyczajony do odmowy ze strony kobiet. Nawet tych w jej wieku. Miał świadomość, że jest wciąż całkiem atrakcyjnym mężczyzną. Na różnych polach – wyglądu, tężyzny fizycznej, doświadczenia, majętności i … czaru, który niewątpliwie posiadał, jak każdy facet w jego Rodzie.

Był dumny ze swojego pochodzenia. Na tyle, że kiedyś to uczucie uderzyło mu lekko do głowy i się totalnie zapomniał. „Dałeś się ponieść, stary” – zwrócił się w myślach, do samego siebie. Wzrok automatycznie powędrował na podskakującą obok niego jedną z dziewczynek. Miał podejrzenie, że jego wnuczka w jakiś przedziwny sposób i wbrew niejako naturze, przejęła część rodowej mocy. Była inna. Fascynowała go. Może dlatego tak chętnie zgodził się na odnowienie swoich kontaktów z córką. Dzięki nim miał możliwość obserwowania Zuzy. Co zrobi z tą wiedzą? Jeszcze nie wiedział.

Zadumał się na chwilę. Nagle poczuł delikatne szturchnięcie mężczyzny w zbliżonym do siebie wieku, stojącego za nim wraz z podobnym kilkulatkiem – ale jednak tylko jednym. Na dodatek - chłopcem. Co prawda lekko naburmuszonym lub wręcz urażonym faktem, że on tyle musi czekać wraz z innymi, ale jednak jakimś męskim potomkiem. Pomyślał o Łukaszu, ale zaraz uwaga skupiła się na poprzednich rozważaniach. Co go opętało, aby dobrowolnie zgodzić się na spędzenie sobotniego wczesnego popołudnia w towarzystwie czyichś przyszłych żon? Te małe kobietki mogły się kiedyś przecież nimi stać. Zadrżał. Sam nigdy się nie ożenił, choć niewiele zabrakło, by zmienić ten status. Przynajmniej kilka razy.

Jak automat podszedł do kasy i uiścił stosowną opłatę. Za chwilę miał przejść ciężką próbę. Rozejrzał się po raz ostatni dookoła, po czym podał bilety mężczyźnie przy wejściu. Ten uśmiechnął się do całej trójki i życzył miłego pobytu. Olaf westchnął. Jak się można było domyślać, obie dziewczynki ledwo przekroczyły próg ZOO, pobiegły do najbliższego wybiegu. Był prawie pewny tego, że nie było dla nich aż tak istotne, kogo tam znajdą. Liczyło się tylko to, że będzie to po prostu zwierzątko. Żywe, tajemnicze, może nawet pierwowzór bohaterów jakiegoś filmu lub zabawkowych bożyszczy małych kobietek. W sumie jednak nie było w tym nic złego. Uważał, że najszczęśliwszy okres życia każdego niemal człowieka, to zapamiętane wspomnienia z dzieciństwa. On sam w ich wieku wierzył w różne dobre postacie. Jasne, zdecydowanie inne od tych dzisiaj prezentowanych na ekranach różnych nośników elektronicznych, ale … gdzieś tam zawsze pozostają jakieś punkty styczne. Na pewno tak było i tym razem.

Choć przekroczył „półwiecze”, nadal potrafił przywołać wspomnienia z tamtych lat – wyjątkowo szczęśliwych okresów jego życia. Teraz miewał jego zaledwie namiastki. Nie chciał jednak narzekać, tylko starał się jak najbardziej świadomie cieszyć tymi chwilami. Najważniejsze, że mógł wciąż ich doświadczać. Rozumiał więc te dwie drobne panienki. Może dlatego zgadzał się czasem, by owijały go wokół swoich szczuplutkich paluszków. Na dodatek, nic nie chciał z tym robić – rozczulał go widok słodkich dziecięcych minek, a ich sporadyczne „damskie fochy” bardziej rozśmieszały, niż irytowały. Pozwolił więc – im na radość i swobodę, a sobie na to, aby jednak delikatnie lustrować wzrokiem otoczenie.

Nie miał numeru jej telefonu – jakoś nie złożyło się, aby z prawdziwą galanterią go zdobyć. A on miał się za 100% gentelmen’a. Tak był wychowany. Z tego choćby względu dopuszczał możliwość, że nie potraktuje propozycji wspólnej wycieczki poważnie. Nie zamierzał jej podrywać – coś mówiło mu, że nie zasługuje na taką przygodną znajomość z nim. Nie chciał jej w żaden sposób skrzywdzić, a to czasem mu się jednak zdarzało – brakowało mu niekiedy świadomości skutków własnych wyborów. Tym niemniej coś jednak „zmusiło” go do tego, aby rozstając się z nią poprzedniego dnia, wyjść z taką właśnie propozycją – spędzenia wspólnie paru sobotnich godzin.

Otrząsnął się ponownie z rozmyślań. Należało zaopiekować się dzieciakami, które oczywiście już pobiegły gdzieś dalej. Gdzie? Rozejrzał się. Nie był zdenerwowany tym ich zniknięciem tak, jak wczoraj, w przypadku Zuzki. Zaaplikował sobie mały wdech i ruszył drogą ozdobioną strzałkami. Okazało się, że dokonał właściwego wyboru, gdyż już po chwili ujrzał swoje podopieczne przed klatką z jaszczurkami.
- Oli, zobacz jakie one śmieszne! – cienki głosik wydobył się z jednej z postaci i poczuł małą rączkę, ciągnącą rękaw jego sztruksowej marynarki.
- A co takiego w nich zabawnego? – Olaf lekko się wzdrygnął. Nie był pewien, czy tę reakcję wywołał zwrot, którego użyła wnuczka, czy to obraz gada tak na niego podziałał. Nerwowo zaczął obracać w myślach tytuły dziecięcych bajek. Od niedawna namiętnie je zgłębiał, aby móc w jakimś momencie zaimponować Zuzce. Żaden niestety nie kojarzył mu się z jaszczurką.
- Dziadku – Zuzka zdała sobie nagle sprawę, że lekko przesadziła ze swoją bezpośredniością wobec starszej od siebie osoby. Refleksja przyszła na szczęście wystarczająco szybko. Zanim Olaf wydobył jakikolwiek dźwięk z siebie, już złapała go drugą rączką za rękaw. Musiała jakoś odwrócić jego uwagę od siebie. W końcu nie zamierzała odkrywać, bądź co bądź obcemu sobie mężczyźnie własnych tajemnic. Niby był jej dziadkiem, ale tak naprawdę pojawił się w jej życiu zaledwie pół roku wcześniej. Mama nigdy o nim nie opowiadała. Wyjątkowo umiejętnie też wykręcała się od udzielenia określonej i jasnej odpowiedzi na pytania o niego. Próbowała jeszcze wypytać babcię Tessę, czyli matkę swojej mamy, ale ta też jakby … „nabrała wody w usta”.
Niekiedy odnosiła wrażenie, że te wszystkie rodzinne lub rodowe tajemnice muszą pozostać ukryte przed nią tak długo, aż osiągnie pewien wiek. Tylko nie była pewna, ile to mogło być właściwie lat. Dziesięć? Piętnaście? Osiemnaście? Nie mogła się doczekać, kiedy nadejdzie jej dzień i smak „dorosłości” pozna i ona. Zamrugała szybko powiekami i skupiła się na Olafie. Czuła, że jest inny i to sprawiało, że starała się jeszcze bardziej kontrolować swoje zachowanie.
– Tym razem chodzi o postać z książki. Takiej całkiem niezwykłej… Wiesz dlaczego? Ta książka naprawdę pomaga. A główna bohaterka nazywa się …. – nagle jej słowa zostały zagłuszone przez pisk koleżanki. Na szczęście wyłącznie z zachwytu co prawda, ale jednak dźwięk rozproszył go na tyle, że nie był pewien, czy dobrze zrozumiał imię postaci, której trzecia część przygód miała wkrótce ukazać się na rynku wydawniczym. Zresztą teraz ważne było tylko to, że zwierzątko podbiło jej serduszko. Podejrzewał, że uważała je za niezwykle przyjazne małym ludziom. Takie w końcu bywają bajki dla małych dzieci, wyczarowują im zawsze takie opowieści, w których można liczyć na szczęśliwe zakończenie.
Może znowu zamyśliłby się na dłużej, gdyby naraz powietrze nie zawirowało od przeciągłego skrzeku papug w oddali. Dziewczynki, jak na sygnał odwróciły się i pobiegły w tamtą stronę. Nie miał więc czasu na zastanowienie. Pożegnał wzrokiem jedną z „gadzin” i skierował kroki do klatek, skąd dochodziły nawoływania tych barwnych ptaków. W jego ocenie niesamowicie pojętnych – miał kiedyś okazję przekonać się, jak szybko potrafią się uczyć.

„Muszę zobaczyć na własne oczy tę jaszczurkę. Poszperam w necie w wolnej chwili.” – przyrzekł sobie w duchu. Przytomniejszym wzrokiem objął najbliższe otoczenie Ogrodu i wtedy … Raptownie się zatrzymał, zapominając zupełnie o wszystkim, co zaprzątało jego umysł chwilę temu. Kątem oka dostrzegł ją wśród innych. Przynajmniej taką miał nadzieję. Chciał jej podziękować za pomoc Zuzce – w końcu wcale nie musiała tego robić. Wyglądała tego dnia na zmęczoną, a jednak nie odmówiła prośbie małej dziewczynki. Najbardziej chyba ujęła go … jej kruchość, pod którą niewątpliwie czaiła się jakaś bliżej nieokreślona moc. Czuł to. Ta siła przyciągała go do niej. Zdjął słoneczne okulary, aby mieć lepszy widok. Tak, niewątpliwie zbliżała się do niego.

Nie była jednak sama. Towarzyszyła jej równie wysoka, ale trochę starsza kobieta. Siostra? Przemknęła mu ta myśl przez głowę, bo łączyło je pewne podobieństwo w rysach twarzy, figury, sposobie poruszania się. Szły obok siebie, obydwie niezwykle piękne. Zajęte rozmową. Dużo by dał, aby dowiedzieć się o czym tak rozprawiały z uroczymi uśmiechami na swoich delikatnych obliczach. Słońce oświetlało ich sylwetki od tyłu, nadając im jakiegoś magicznego blasku. Przypominały mu Anioły, które nagle zeszły z niebios, aby wypełniać swoje "powinności" wobec ludzi. Chciał jak najszybciej przywitać się z nimi i poznać bliżej towarzyszkę Meli. Musiał jednak najpierw odnaleźć dziewczynki. Miał nadzieję, że jednak zostanie zauważony – podniósł wysoko rękę i pomachał nią energicznie. Potem szybko się odwrócił i odszedł.

„Od dziś kocham papugi najbardziej ze wszystkich ptaków” – obiecał sobie zmianę poglądów po tym, jak ujrzał Zuzkę i Majkę przy klatkach. Fakt, że paleta kolorów ptasich strojów zasługiwała na podziw. Szczególnie w oczach kobiet - nawet tych bardzo małych. Tylko, że nigdy nie było wiadomo, jak długo może on potrwać. Zachwyt pojawiał się znienacka i znikał równie szybko. Trudno było go utrzymać dłużej, niż kilka chwil. Czasem obserwował zachowania innych dzieciaków i coraz częściej dochodził do wniosku, że te małe żywiołowe postacie są z innego świata. Nie nadążał za nimi. Taka była prawda.
- Zuzka, a może wrócimy do jaszczurek? – zaproponował znienacka.
- Eeee … nie, tu jest ciekawiej – odezwała się, nie odrywając wzroku od jakiegoś większego ptaszyska.
- Majka, a może ty chciałabyś zobaczyć raz jeszcze bohaterkę tej książeczki? – postanowił się nie poddawać, tylko zmienić taktykę.
- Cziczi? – Majka „złapała przynętę” i na moment oderwała wzrok od ptaków. – Nie, jednak też podziękuję – odpowiedziała i powróciła do papug.

„No, masz … i co mam teraz zrobić?” – zmartwił się brakiem planu. Ten stan smutku szybko na szczęście rozproszył dźwięk słów i delikatny dotyk, który poczuł na ramieniu. Mela najpierw przywitała go serdecznie, a potem zaczęła mu przedstawiać tajemniczą nieznajomą. Na tych komunikatach pragnął skupić się najbardziej. Musiał przecież dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Od chwili, gdy ją zobaczył w promieniach jesiennego słońca, jakaś struna drgała wciąż w jego sercu i umyśle. To uczucie nie było mu znane i aż zabrakło mu na moment tchu. Wzruszenie odebrało mu na ułamki sekund jasność umysłu. Jeszcze bardziej zaczął się obawiać. Najbardziej tego, że ta kobieta nie zwróci na niego uwagi lub – co gorsza, dostrzeże w jego oczach dotychczasową „płytkość” relacji z płcią przeciwną. „Ciążą stare grzeszki, co?” – sumienie nieoczekiwanie poderwało głowę i nie dawało o sobie zapomnieć.

- Ach! Cóż za wspaniała niespodzianka! – wykrzyknął tylko teatralnie, aby zwrócić swoim zachowaniem zainteresowanie Zuzki. Czuł, że „odsiecz” ze strony wnuczki jest mu teraz wręcz niezbędna. W końcu więzy krwi coś powinny i dla niej znaczyć, czyż nie? Miał taką nadzieję.
Nie zawiódł się. Dziewczynka widząc swojego „żołędziowego Anioła” – bo taki przydomek zyskała młodsza z kobiet od dnia poprzedniego – oderwała się od papug i uradowana zawisła jej na szyi. Dobiegł go jeszcze przenikliwy pisk, aż ponownie zabolały go uszy. Mimowolnie wykonał ruch, aby ochronić te swoje wyjątkowo wrażliwe na dźwięki części ciała. Nie uszło to uwadze starszej z kobiet, która na ten gest lekko się uśmiechnęła. „Pierwsze lody” zostały przełamane. Potem, nie wiadomo kiedy, minęły dwie godziny.

Dostrzegł, że dziewczynki powoli traciły siły. Należało więc pomyśleć o zakończeniu sobotniej wycieczki. Olaf czuł się rozdarty. Sam odczuwał pewne zmęczenie, a jednocześnie pragnął pozostać dłużej w towarzystwie Olimpii. Jak się okazało nie starszej siostry Meli, a matki. To zwiększało szansę na kontynuowanie znajomości. Byli bardziej zbliżeni wiekiem, mogli mieć podobne doświadczenia życiowe – zauważył, że nie nosiła obrączki, tylko drobny, wręcz skromny pierścionek na serdecznym palcu lewej ręki. Liczył, że ten dzień nie zakończy tworzącej się relacji. Chciał więcej.


Miała świadomość jego zewnętrznej atrakcyjności, a także i tej … wewnętrznej. Na początku była trochę zła na córkę, że nie zdradziła jej prawdziwych motywów wspólnego wyjścia. Potem jednak obecność rezolutnej wnuczki Olafa i jej koleżanki osłabiła tę emocję. Z każdą minutą wspólnego spacerowania po Ogrodzie przekonywała się też do mężczyzny. Mimo początkowych obaw nie miała poczucia, że stosuje jakieś „tanie chwyty”, aby ją poderwać. Nie dla niej samej oczywiście, tylko tak bardziej chyba dla … sportu.

Zdarzało się jej poznawać podobnych facetów. W ich źrenicach można było dostrzec, że mimo upływających lat, wciąż mają tą samą - niezrozumiałą potrzebę. Udowadniania sobie i innym, że ich urok wciąż działa na kobiety. Nie szukała takich znajomości. A może wciąż nie była gotowa na żadne. Choć coraz częściej dokuczało jej poczucie osamotnienia. Nie była do tego stanu przyzwyczajona. Potrzebowała towarzysza podróży. Kogoś, przy kim mogłaby swobodnie się czuć, wyrażając swoje opinie lub opowiadając o swoich planach. Bo takowe znowu miała. Dość ambitne zresztą.

Do niedawna traktowała pojawiające się w jej życiu zmiany, jako karę. Nie wiedziała co prawda, z jakiego powodu miałaby ją otrzymać od losu, ale … z odczuciami trudno było walczyć. Za dużo spraw poszło nie tak. Inaczej je sobie wymarzyła. Ukochane mieszkanie przestało cieszyć, choć nadal lubiła do niego wracać, by odnajdywać tam kojącą, ale ulotną obecność Piotra. Praca, którą sobie wybrała, zaczynała coraz bardziej męczyć. A przecież do emerytury pozostawał jeszcze całkiem pokaźny „szmat czasu”. Wizja tkwienia w tym samym miejscu przez kolejne lata, a może i kolejną dekadę jej życia, przerażała. Nieznane pociągało.

Z bilansem coś było jednak nie w porządku. Ciągle coś w nim się nie zgadzało, przynosząc kolejne zaskoczenia. Miała nadzieję, że te najistotniejsze sprawy ułożą się już niedługo. Była gotowa zaryzykować. Tylko, czy wystarczy jej odwagi, aby iść za ciosem i zmienić także coś w swoim życiu prywatnym? Nie była tego pewna. Co prawda, niby wyczuwała, że ten spacer może być dla niej przełomowym zdarzeniem, a jednak … miała masę wątpliwości. Pytanie, czy też prośba Olafa o podanie jakiegoś kontaktu do siebie, wywołała w niej panikę. Zamarła na dłuższą chwilę, a świat jakby zatrzymał się razem z nią. Może nie trwało to tak długo. Wystarczyło jednak, by Mela zadecydowała niejako za nią, dyktując numer jej komórki. Gdy skończyła to robić, filuternie na nią jeszcze spojrzała i puściła oko.

„Jak ja ją wychowałam? Jak mogła mi to zrobić?” – kolejne pytania pojawiały się i znikały, aby ponownie o sobie przypomnieć. Zostawiła w przedpokoju jesienne półbuty i weszła do salonu. Oparła głowę o zagłówek kanapy i przymknęła oczy. Gdy to zrobiła, niemal natychmiast pojawił się pod powiekami obraz Olafa. Leciutko się wzdrygnęła na ten widok i raptownie otworzyła oczy. Podeszła do okna i przystanęła tam na dłuższą chwilę, zapatrzona przed siebie. Natura fascynowała.

Jakiś nagły impuls przywrócił ją do rzeczywistości. Odszukała wzrokiem swój notes z okładką w odcieniu butelkowej, lekko zgaszonej zieleni i otworzyła go na przypadkowej stronie. Sięgnęła po ulubiony długopis i powoli zaczęła dzielić się słowami …

z niepokojem
wyglądam przez okno
obserwując
zmagania słońca z chmurami

- Uda Ci się,
na pewno Ci się uda! -

mruczę pod nosem i …
tylko -
sama już nie wiem
komu
bardziej kibicuję
słońcu, czy sobie …

Foto: Anna Gawryszewska - Pierwszy Oficer na pokładzie projektu "Rok w Lanckoronie", a jednocześnie niezwykle wrażliwa na urok świata Kobieta, która potrafi zatrzymać 'ulotne chwile'



poniedziałek, 25 listopada 2019

w obawie przed ...

Przekręciła klucz i oparła się całym ciężarem swojego, prawie trzydziestoletniego ciała o drzwi mieszkania. Pustego – nie licząc jej osoby – na kolejne dni. Czuła się dziwnie. Nie umiała się zdecydować, jakie właściwie odczucia przeważają w jej sercu. O jej uwagę zabiegały bowiem dwa odmienne stany. Jeden sugerował smutek, drugi natomiast kusił jakąś dziwną euforią. Nie wiedziała, któremu się poddać. Oba walczyły o nią równie mocno. „Żyj tak, jakby jutro miał się skończyć świat” – nieoczekiwanie w głowie pojawiły się dawno zapomniane słowa. Kiedyś były jej mottem, a dziś?

Nagle zapragnęła wreszcie zrzucić z siebie ten ciężar niepewności oraz stresu, jaki towarzyszył jej ostatnio i zawalczyć o siebie. Od dziś, od teraz. Zrzuciła pantofle, nie bacząc na to, że przyzwyczaiły się do pieszczot jej dłoni, troskliwie ustawiających je w osobnej, komfortowej przegródce szafki na buty. Zawiesiła bezwiednie na jednym z wieszaków sweter, nie zwracając uwagi na możliwość trwałych odkształceń, których zwykle unikała. Była tak zaabsorbowana swoimi emocjami, że te kwestie straciły dla niej znaczenie. Usiadła na fotelu i odetchnęła głęboko. Przymknęła na chwilę oczy, a pod powiekami pojawiły się obrazy z ostatniej godziny. Roześmiała się spontanicznie na wspomnienie siebie zbierającej w parku żołędzie. Wychodząc z pracy była zmęczona i przygnębiona. Wtedy nic nie wskazywało na to, że ten stan zmieni się tak radykalnie i to pod wpływem zupełnie obcej dziewczynki. W sumie to właśnie dzięki Zuzi wstąpiła w nią nowa energia i chęć do życia. Postanowiła jej nie marnować. Szczególnie, że obecnie mogła ze spokojem określić siebie mianem „pani swego losu”. Od dziś mogła robić wszystko to, na co w danym momencie naszła by ją chęć.
I właśnie wtedy poczuła, że znów potrzebuje poczuć na swojej skórze ten dotyk. Zerwała się z fotela i dopadła szuflady z bielizną. Jak w transie szukała palcami znajomego materiału. Chwilę później już trzymała go w dłoni, a potem szybko upchnęła w wygrzebanej w szafie torbie wraz z kilkoma innymi akcesoriami. Przepełniała ją radość na myśl, że już wkrótce znowu przekroczy próg miejsca, które przez kilka lat było jej tak bliskie. W pośpiechu pozbyła się krępującej biodra spódnicy i z dziką satysfakcją rzuciła ją w najdalszy kąt sypialni. Nie miała żadnych skrupułów. Usiadła na łóżku i z ulgą ściągnęła rajstopy.
Niestety na niektóre spotkania w pracy była zmuszona przywdziewać taki strój. Podobno dobrze działał na samopoczucie osób uczestniczących w cotygodniowych firmowych zebraniach. „Szkoda, że nie biorą mnie pod uwagę, ustalając takie zasady” – pomyślała, ale tym razem nie gryzła się tą refleksją zbyt długo. Myślami była już gdzie indziej, w biegu zakładając świeżo uprane, ulubione jeansy. Niezależnie od pory potrafiły się do niej idealnie dopasować, a ona czuła się w nich wyjątkowo dobrze. Szybko pożegnała się też ze swoją elegancką bluzką i wskoczyła w jeden z t-shirt’ów przyozdobionych jakimś napisem. W czasach „sprzed Kamila” często zdarzało się jej nabywać jakąś koszulkę z zabawnym tekstem lub rysunkiem. Przywdziewając taki strój odpoczywała od firmowego dress code’u, który ją czasem drażnił. A może była to forma jej prywatnego protestu … Założyła kangurkę w bordowym kolorze, a na koniec wcisnęła do torby ortalionową kurtkę. Nie była pewna co przyniesie jesienny wieczór.
„Lepiej być przygotowanym na wszystko” – pomyślała i znowu spontanicznie się roześmiała. Zamknęła drzwi, a klucz umieściła w zapinanej na suwak małej kieszonce. W pierwszym odruchu chciała podjechać samochodem, ale potem doszła do wniosku, że nie ma ochoty tracić czasu na szukanie dogodnego dla pojazdu miejsca. Szczególnie, że odległość nie była w sumie aż tak wielka. „Krótki spacer i będę na miejscu. Chyba, że złapię jakiś autobus” – rozważała, zjeżdżając windą w dół. Szczęśliwie droga wiodła w tym samym kierunku, więc miała czas, aby podjąć ostateczną decyzję. Nigdzie przecież się jej nie spieszyło. Nieoczekiwanie ta świadomość sprawiła jej przyjemność. Uśmiechnęła się do siebie. Wyszła z bloku i pomaszerowała przed siebie. Chwilę później w zasięgu jej wzroku pojawił się autobus. Wybór sposobu dotarcia na miejsce nasuwał się więc sam.
Droga człowieka i maszyny przecięła się w tym samym momencie, nie wymagając od żadnego z nich specjalnego dopasowania. W środku pozostało kilka wolnych miejsc. Poczuła, że jednak musi choć na chwilę usiąść. Z wrażenia, że znowu robi coś pod wpływem impulsu, przezwyciężając wypracowaną przez ostatnie trzy lata przewidywalność. Kamil lubił mieć wszystko zaplanowane i nienawidził wręcz  „spontanu”. Niemal histerycznie reagował na wszelkie zmiany, które zaburzały jego ustalony porządek dnia. A ona, nie wiedzieć czemu zgodziła się funkcjonować jak on. Stworzyła sobie własny scenariusz i trzymała się go uparcie, nie zdając sobie sprawy, jak wiele traci z życia. Słowa przyjaciółki – z którą notabene coraz rzadziej się spotykała – że zaczęła działać jak automat, kwitowała zwykle prychnięciem i odpychała od siebie jak najdalej. Teraz natomiast uświadomiła sobie bezsens własnego zachowania ze zdwojoną siłą. Zdecydowanie należało przeredagować swoje życie. Dziś, teraz, już. Była z siebie dumna, że właśnie to robi. Uśmiech ponownie ozdobił jej twarz.

Był zmęczony. Dobrze, że tym razem udało mu się przed 19.00 wyrwać z biura. Marzył, aby wreszcie zdjąć z siebie marynarkę, koszulę oraz krawat i wygodnie umościć się na kanapie, odpalając telewizor. Myśl, że w lodówce czeka na niego zimne piwo, dodawała otuchy. Miał mieszkanie tylko dla siebie, co oczywiście miało swoje minusy – szczególnie, gdy wspomniany sprzęt świecił pustkami na półkach, bądź dla odmiany straszył widokiem sera zmieniającego barwę jak kameleon lub jakiegoś warzywa, które nie wiadomo kiedy zmniejszyło radykalnie swoją objętość. Trzeba jednak przyznać, że te sytuacje zdarzały się coraz rzadziej.
„Jutro trzeba będzie znowu wybrać się na jakieś zakupy” – pomyślał w chwili, gdy autobus zatrzymał się na jednym z przystanków. Usłyszał, że drzwi się otworzyły, a potem ktoś lekko otarł się o jego kolano, sadowiąc naprzeciwko. Dopiero jednak po dłuższej chwili oderwał wzrok od widoków za szybą i beznamiętnie zwrócił twarz w stronę ‘intruza’. Nie przewidział, że poświęci postaci więcej uwagi, niż zwykle w takich sytuacjach i że będzie świadkiem fascynującej przemiany, dokonującej się na jego oczach. Twarz nieznajomej mu kobiety, rozświetlił bowiem nagle  uśmiech – jeden z piękniejszych, jakie zdarzyło mu się ostatnio oglądać. Zapatrzył się, tracąc na jakiś czas kontakt z rzeczywistością. W pewnej chwili nieznajoma złapała leżącą na jej kolanach torbę i skierowała się do drzwi. Z zaskoczeniem, ale i ulgą stwierdził, że to również jego przystanek. Wysiadł w ślad za nią i pozwolił nieznacznie się wyprzedzić. Chciał na nią popatrzeć, nie zwracając na siebie uwagi.
Kobieta poruszała się z jakimś hipnotyzującym wdziękiem, mimo niesionej na ramieniu torby, z której machał do niego zawadiacko kawałek materiału. Bez trudu domyślił się, dokąd zmierza. Nagle poczuł, że ma ochotę zrobić to samo. Mieszkał niedaleko, więc w krótkim czasie mógł pojawić się w tym samym miejscu.
„Może to niezły pomysł. Kanapa wszak może poczekać” – uśmiechnął się do własnych myśli i przyspieszył kroku. Piątkowy wieczór zaczął jawić się w innym świetle.

Z przyjemnością obserwował jej ruchy. Kiedyś musiała bywać tu częściej. „Może to jak jazda na rowerze. Tego się nie zapomina, choć czasem brakuje kondycji” – pomyślał, po czym skupił się na sobie. On też dawno tego nie robił, choć kiedyś sprawiało mu to wiele przyjemności. Nie mówiąc już o medalach, które przywoził z kolejnych zawodów. Nagle wyobraził sobie, że znowu w nich uczestniczy i z zapałem zwiększył obroty ramion. Odległość od kolejnej ścianki malała i już wkrótce należało zrobić nawrót, maksymalnie wykorzystując atuty twardej powierzchni. Oczywiście w czasach, gdy walczył o czas. Teraz nie musiał z nikim rywalizować, ale odczuwał jakąś irracjonalną potrzebę, aby dać z siebie maksimum – jak kiedyś. Wspomnienia podniosły poziom adrenaliny, pod wpływem której wystrzelił jak z procy, testując własną wytrzymałość. Kolejne metry pokonywał w jakimś dziwnym amoku, odliczając w ciszy kolejne pięćdziesiątki. Postanowił nieoczekiwanie zmierzyć się z jednym z bardziej wymagających dystansów. Czuł, jak woda wyciąga z niego całe znużenie dzisiejszym dniem, a może nawet tygodniem. W pewnej chwili zaczął być niemal wdzięczny nieznajomej kobiecie. Gdyby nie ten machający do niego z jej torby kawałek ręcznika, leżałby pewnie lekko podchmielony na kanapie, kontemplując swoją samotność. Gdy „pękła” ostatnia odliczana w myślach pięćdziesiątka zatrzymał się i głęboko odetchnął.
Owszem, odczuwał ogromne zmęczenie, ale to uczucie było zupełnie inne niż to, które towarzyszyło mu w drodze do domu. Było w jakimś stopniu nawet przyjemne i oczyszczające. Postanowił zrobić sobie przerwę i odpocząć w pobliskim jacuzzi. Po chwili już zmierzał w tamtą stronę. Miał chyba dziś fartowny dzień, bo siedziała w nim tylko jedna osoba. Była więc szansa na prawdziwy relaks. Dopiero gdy wszedł do ciepłej wody zauważył, że osobą dzielącą z nim tą niewielką w sumie przestrzeń, była kobieta z autobusu. Zdjęła czepek i jasne włosy ciasno przytuliły się do jej głowy. Miała przymknięte powieki i ten sam tajemniczy uśmiech na twarzy. Wyglądała na szczęśliwą, choć on miał niejasne wrażenie, że to ulotny stan. Utwierdził się niemal w tym przekonaniu, gdy nagle otworzyła oczy. Na ich dnie czaił się jakiś smutek. Chwilę później kobieta wyszła z wody.

Opuściła szatnię i skierowała się do holu. Wzięła do ręki suszarkę, aby odpowiednio zadbać o swoje niesforne blond kosmyki. Domyślała się, że już niedługo wpadnie w objęcia jesiennego wieczoru. Należało więc odpowiednio przygotować się na to spotkanie. Wkrótce naciągała ponownie swoją ulubioną kangurkę, przykrywając ją dodatkowo zabraną kurtką. Sprawdziła zawartość torby i poszła w kierunku wyjścia. Jej obawy okazały się niestety słuszne. Za drzwiami przywitał ją dość porywisty wiatr, którego zimny dotyk wzbudził w niej dreszcze. Odruchowo objęła się ramionami, zastygając na kilka sekund. Zaciągnęła wyżej suwak, poprawiła kaptur i ruszyła przed siebie.

Stał przed budynkiem i czekał aż wyjdzie. Nie był pewien, dlaczego to robi, bo przecież zupełnie jej nie znał. Zobaczył ją tego wieczoru pierwszy raz. Nie zamienili ani jednego słowa, więc nie miał pojęcia, kim właściwie jest. Odpalił papierosa, ale zrobił to, aby mieć argument pozostania w tym miejscu jeszcze przez jakiś czas. Czuł irracjonalną potrzebę spojrzenia na nią raz jeszcze. Po co? Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie – nie przychodziło mu do głowy żadne logiczne wytłumaczenie. Sam był zaskoczony własnym zachowaniem, bo od dawna nie pozwalał sobie na uleganie emocjom. Ocknął się, gdy pojawiła się na schodach. Widział, jak zadrżała pod podmuchem wiatru. Gdy tak stała przez chwilę nieruchomo, obejmując się ramionami, wydawała się taka krucha i samotna. Nieoczekiwanie wzruszył go ten widok, a w głowie – jakoś tak samoistnie – ułożyły się słowa ...


chciałbym
otulić Cię ciasno
sobą
– niczym ciepły koc
chyba wiem jak
źle znosisz
kaprysy aury jesiennej

mógłbym
rozproszyć spojrzeniem
swoim
– mam taką moc
i przegonić Twe widma
przypominające
o samotnej godzinie kolejnej

chciałbym
podarować Ci wreszcie
siebie
– choćby na jedną noc
odkryć własną wrażliwość
głęboko ukrytą
pod maską postawy biernej

mógłbym
zrobić to wszystko
ale …
obawiam się,
że takim wyznaniem
tylko Cię wystraszę …



środa, 28 sierpnia 2019

Warto przeczytać

Dość często mówimy, że coś w naszym życiu zdarzyło się przez przypadek. Sama tak czasem twierdzę, choć tak naprawdę przecież to, co się nam przytrafia, jest niczym innym, jak wypadkową naszych własnych decyzji i wyborów. A moje w tym roku sprowadziły mnie po długich latach do … Malborka. Gdybym nie skorzystała z zaproszenia moich nowych Przyjaciół, tworzących młodą jeszcze organizację – stowarzyszenie „Wiatr Kultury”, pewnie jeszcze długo nie poznałabym osobiście Izy. I zapewne nie miałabym okazji otrzymać pewnej niesamowitej książki, którą napisała pt. „O czym się nie mówi …”


Gwoli ścisłości, jako pierwszy sięgnął po nią mój nastoletni syn, urzeczony otwartością i gościnnością Izy oraz Jej domu pełnego naprawdę przeróżnych zwierząt. Jeśli Wasze dzieci są w podobnym wieku, prawdopodobnie zauważyliście, że częściej wezmą do ręki komórkę, pilota lub pada do konsoli, niż książkę. Widok czytającego na wakacjach syna, miło mnie więc zaskoczył. Gdy zaciekawiona zapytałam Go o pierwsze wrażenia, odpowiedź była – jak to u nastolatka – bardzo krótka i rzeczowa, a brzmiała mniej więcej tak: „Fajna!”

Dziś mogę powiedzieć, że opinia mojego dziecka była słuszna, choć – jak dla mnie – zdecydowanie zbyt lakoniczna. Po przeczytaniu tej książki odczułam wewnętrzną potrzebę, aby coś napisać na jej temat. Dlaczego? Uważam bowiem, że powinno ją poznać jak najwięcej osób.

Jest to zbiór 12-stu niezbyt długich opowiadań – nie mamy zatem do czynienia z żadnym przerażającym swoją objętością tomiszczem. Głównymi bohaterami są bardzo młodzi ludzie, przede wszystkim uczniowie podstawówek i gimnazjów. Historie dotyczą ich problemów rodzinnych oraz trudnych nierzadko relacji z rówieśnikami. Tytuł jest naprawdę adekwatny, ponieważ książka porusza wiele kwestii, nie będących tematem codziennych rozmów. A szkoda. Szczególnie bowiem w młodym wieku nie jest łatwo radzić sobie z „zaszufladkowaniem” przez otoczenie i „łatką” nieudacznika, zbira, kujona, czy pedała. Trudno zareagować na obserwowaną przemoc fizyczną i psychiczną w sytuacji, gdy sami potrzebujemy akceptacji ze strony innych ludzi. Ciężko jest rozmawiać o uczuciach, tudzież targanych nami emocjach, gdy dzielą nas różnice pokoleń i borykamy się z różnymi problemami.

Nie wszyscy bohaterowie z przedstawionych historii wychodzą z nich zwycięsko, choć przeważająca liczba opowiadań ma jednak optymistyczne zakończenie. Z pewnością jednak skłaniają do refleksji. Młodym pokazują, że warto pozostać sobą i walczyć o własne marzenia oraz życie, bo ono jest jedno. Jednocześnie uwrażliwiają i uczą empatii, ukazując trochę inną perspektywę – zachęcają tym samym do zweryfikowania pewnych własnych poglądów o innych ludziach. Myślę, że niektórym mogą otworzyć oczy, bo świat nie jest czarno-biały, jak niekiedy wydaje się nastolatkom.
Tym starszym natomiast, czyli rodzicom lub nauczycielom uświadamiają, że pewne emocje i problemy dotykają każdego z nas – niezależnie od wieku i zmian zachodzących na świecie. Jakże często my – dorośli zapominamy, jak trudno sobie radzić z huśtawkami własnych nastrojów, typowych dla młodego pokolenia i bagatelizujemy pierwsze oznaki problemów, dotykających nasze dzieci. A czasem po prostu nie potrafimy otwarcie i szczerze o pewnych sprawach mówić.

Niewykluczone, że ta pozycja może stać się pewnym pomostem między starszym i młodszym pokoleniem oraz takim swoistym pretekstem do tego, aby poruszyć trudne tematy i obudzić w nas na nowo wewnętrzną wrażliwość. Przyznam się Wam, że podczas czytania miałam kilka momentów wzruszeń.

Książka wciąga od pierwszych stron. Jest napisana w bardzo fajny sposób i naprawdę dobrze się ją czyta. Czcionka jest dobrze dobrana, dzięki czemu wzrok zupełnie się nie męczy. Format bardzo poręczny, więc można spokojnie zmieścić ją w torebce, teczce lub plecaku jeśli ktoś - podobnie jak ja - lubi czytać w drodze do szkoły lub pracy.
To naprawdę piękna i mądra książka, którą powinno się umieścić na liście lektur obowiązkowych – także dla rodziców, wychowawców i nauczycieli.

Zainteresowanym podaję najważniejsze informacje:
Tytuł: „O czym się nie mówi …”
Autor: Izabela Chojnacka-Foerster
Wydawnictwo: SDK /Sprzedaż Dobrej Książki Alicja Bartosińska/
I jeszcze link do strony Autorki:  https://www.facebook.com/Izabela-Chojnacka-strona-autorska-472428412815450/ 

niedziela, 30 czerwca 2019

miłe ... Początki?

Laura z ogromną przyjemnością wskoczyła na swój ukochany rower. Miała ochotę znowu pognać w kierunku jeziora, usadowionego wygodnie za miastem w odległości ok. 8 km. Dla niej taki dystans nie stanowił żadnego problemu. Był niewinną rozgrzewką przed … czasem oczekiwania na … Kusiła i bliskość wody i niesamowity wachlarz zieleni, który stworzyła natura z ciasno otaczających brzeg – różnych roślin.


Widać było, że ‘trzymają sztamę’, mimo swej odmienności. Tylko w kilku miejscach pozwoliły człowiekowi zająć jakiś niewielki fragment terenu – godząc się ostatecznie na drewniane pomosty (mniej lub bardziej solidnie zbudowane).
To z nich można było ‘zwodować’ w miarę bezpiecznie kajak, jeśli ktoś nie chciał moczyć nóg, bądź nie miał ochoty odczuć na własnej skórze lepkiego dotyku, grząskiego dna. Czasem, gdy przyjeżdżała nad jezioro spontanicznie i wolała wrócić w miarę sucha – mimo braku odpowiedniego ekwipunku – korzystała właśnie z takich „mini-przystani”. Dostanie się do wnętrza kajaka wymagało pewnej sprawności, ale tą akurat umiejętność miała opanowaną perfekcyjnie. Od dziecka kochała wszelką aktywność sportową i odkrywała dla siebie różne dyscypliny. Niektóre wciągały ją na dłużej, z innymi szybko się żegnała. Te, które obiecywały bezpośredni kontakt z wodą, wręcz uwielbiała – jak choćby właśnie … łaskotanie kajakiem tafli jeziora – aż uśmiechnęła się na to określenie. Ale coś jednak było w nim prawdziwego. Wystarczyło delikatnie wzruszyć falę wspomnień …
I już widziała siebie – a dokładnie ten moment, w którym płynęła pchana siłą wcześniejszych ruchów wiosłem. Dziób jej ‘łajby’ delikatnie rozgarniał na boki wodę, która jeszcze przez jakiś czas falowała wesoło – niczym rozchichrane czułym dotykiem, małe dziecko.
Tak się zatraciła w tych obrazach z przeszłości i rozmyślaniach, że ze zdziwieniem stwierdziła, że jest już na miejscu. „Rany, znowu chyba wpadłam w ten swój ‘myślowy trans’. A obiecałam sobie, że będę to kontrolować” – pomyślała gniewnie, zsiadając z roweru. Niezadowolenie z siebie szybko jednak minęło, gdy poczuła zapach jeziora. Z miejsca gdzie stała, nie było go dokładnie widać, aczkolwiek już zauważyła, jak macha do niej lekkimi falami, które tworzył wesoły wiatr. Może tak jak ona, lubił tutaj przesiadywać i przelatywać znienacka z jednej strony akwenu, na drugą. Uśmiechnęła się.

Po chwili już przypinała rower, aby jak najszybciej znaleźć się na pomoście i wskoczyć w swoją ulubioną, pomarańczową 'jedynkę'. Nie cieszyła się ona zbytnią popularnością nie ze względu na kolor, ale raczej na mały „feler”. Kajak miał bowiem swoją własną, bolesną historię.
Traf chciał, że wsiadł do niego kiedyś człowiek, który nie miał bladego pojęcia o pływaniu takim sprzętem. Był to mało sympatyczny ktoś, zadufany w sobie i przekonany we własne możliwości – nawet w obszarach, na których się nie znał. Jak się szybko okazało, bardzo się pomylił w ocenie realnych swoich umiejętności. W efekcie on już nigdy więcej nie wsiadł do kajaka, a sprawna do tej pory pomarańczowa 'jedynka', nabrała maniery lekkiego zbaczania w lewo.

Jakież było jednak zdumienie Laury, gdy odkryła, że przy pomoście jej nie ma. Gdy uważniej się rozejrzała odkryła, że żadna ‘jedynka’ nie została wśród stojących blisko pomostu kajaków. Fakt, nie było ich dużo – może zaledwie trzy, gdyż właściciel uznał, że raczej nie będzie wielu amatorów samotnych podróży po jeziorze. Może i było w tym coś logicznego.
Był to jednak jakiś ewenement, gdyż dzień w sumie dopiero się rozpoczynał. Dochodziła godzina dziewiąta – jak uprzejmie podpowiedziała komórka. Nie pozostawało nic innego, jak zaczekać.

- Oby tylko nie za długo – mruknęła pod nosem, znowu lekko zezłoszczona. Najbardziej chyba faktem, że nie wiedziała, ile czasu to zajmie. Nie tak to sobie zaplanowała. Weszła na pomost, licząc że ujrzy wkrótce swoją ukochaną ‘jedyneczkę’.

- A niechże siem Pani nie złości, bo to mówiom, że szkodzi pienkności. Jeszcze kwadrans i kajak bydzie do pani dy-, dy- … bydzie można płynąć  – lekko chrapliwy męski głos zabrzmiał nagle przy jej uchu. Laura drgnęła nerwowo, wytrącona z rozmyślań. Spojrzała szybko w bok i ujrzała jakiegoś mężczyznę. To nieoczekiwane towarzystwo obcego jej przecież człowieka, trochę ją zaskoczyło i nawet lekko wystraszyło. Ten, zupełnie jakby nieświadomy targających kobietą emocji, przysunął się do niej z puszką piwa w ręku – jakby byli starymi znajomymi. Na sobie miał koszulkę, która mogła sugerować, że jest fanem jednej ze znanych piłkarskich drużyn lub … która mogła nie oznaczać - nic.

- Dziękuję za informację – odparła grzecznie. – A to można tak … „na służbie”? – zapytała trochę przekornie, wskazując na alkohol.

- Taa, gdzie tam … – nieznajomy machnął ręką, jakby odganiał jakiegoś natrętnego owada. – Ja tu nie robie. Czasem ino pomagam, jak cuś trza naprawić. A dziś to ja … i n c o g n i t o  – dodał, powoli literując ostatnie słowo. Wydawał się niezwykle dumny ze swojej elokwencji, czym lekko ją rozbawił. Laura uważniej zlustrowała postać, stojącego blisko niej mężczyzny. Wyglądał na kogoś „zmęczonego życiem” – jak czasem określała ludzi, którzy weszli w zbyt długo trwającą relację z napojami o różnym stopniu nasycenia procentami. Kilkudniowy, średnio świeży zarost okalał jego twarz, a oczy prawie ginęły pośród podpuchniętych – nie wnikała już od czego – powiek. W tej chwili nie czuć było od niego alkoholu – puszka w jego lewej ręce wciąż pozostawała zamknięta.
- No i patrz, pani … a to lachony jedne. Przyjeżdżajom tu nie wiadomo skond, od rana „wylaszczone” - jak to mawiajom teraz dzieciaki i tylko prowokujom. Opalać, a raczej obłapiać można gdzie indziej – splunął raptem pod nogi i wytarł usta wierzchem prawej dłoni. – A, przepraszam … - wydawał się lekko zmieszany własnym zachowaniem, czym nieoczekiwanie wywołał delikatny uśmiech na jej twarzy.

- Nic się nie stało – zapewniła go z uśmiechem, spoglądając w głąb jego prawie bezbarwnych oczu. Trwało to zaledwie może ułamek sekundy. Jej wzrok podążył już zupełnie gdzie indziej, ale ona … już była przekonana, że mimo nieciekawego wyglądu oraz dosadnie prezentowanych poglądów w formie prostego słownictwa, nieznajomy nie stanowi dla niej specjalnego zagrożenia. Ot, taki chyba … samotny gawędziarz.

- Z pani, to całkiem fajna babka. Ja to paniom widuje tutaj czasem – nieoczekiwanie przysunął się bliżej, aż dotknął materiałem swojej koszulki, jej nagiego ramienia.

Napięła mięśnie mimowolnie, jakby jej ciało mimo przekonań mózgu, wyczuło zagrożenie. Nie lubiła chwil, gdy ktoś naruszał jej przestrzeń. Szczególnie, gdy nie było do tego żadnych podstaw. Tego człowieka nie znała i nawet nie kojarzyła z widzenia, w przeciwieństwie do innych kręcących się tutaj mężczyzn. Przyjeżdżała na ten pomost rowerem na tyle często, że pracownicy wypożyczalni – jak i sam właściciel, pan Kazik – już nawet nie pytali, co chce i na jak długo. Postać człowieka, który tak nieoczekiwanie rozpoczął pogawędkę, była jej zupełnie obca.
„Sprowokowałam go czymś? Właściwie, to skąd on się tu pojawił? Kto to w ogóle jest? Twierdzi, że czasem tu pomaga coś naprawiać. To, może i mówi prawdę, że mnie kojarzy. A jeśli to jednak …” - tabuny takich oraz podobnych myśli przemykały w tej chwili przez głowę Laury. Czuła się nieswojo. Nagle odniosła wrażenie, jakby znowu traciła kontrolę. A taką miała nadzieję, że to poprzednie życie zostawiła daleko za sobą. Chciała, aby pozostało zamkniętym rozdziałem w jej prywatnym albumie, do którego nie chciała już chyba nigdy zaglądać.

- Pani, niechże się pani nie boi starego dziada – mężczyzna wybudził ją z kolejnych rozważań, w które popadła. Tym razem jednak, świadomie dotknął dłonią jej ramienia. Drgnęła i uchyliła się nieznacznie, aby uniknąć dłuższego kontaktu. Zauważył to. Zabrał szybko rękę, ale nie odmówił sobie rubasznego dość komentarza: – Ależ od pani żar bije! Goronca Kobita, aż oparzyć się można – zaczął machać nadgarstkiem, imitując możliwe zdarzenie. Jego gromki śmiech poniósł przez moment wiatr, aby chwilę potem rozdmuchać całkowicie …

Lekko zawstydzona zachowaniem i słowami mężczyzny Laura, gorączkowo zastanawiała się, co dalej robić. „Jak zacznie przeginać, to po prostu pobiegnę po rower i … tyle będzie mnie widział” – pomyślała nagle i od razu poczuła się pewniej. „Choć w sumie to … byłoby trochę szkoda kajaka. Może ja jednak trochę przesadzam? Gość na razie niczego złego mi nie zrobił. Fakt, jest dość … bezpośredni, ale może to lepsze, niż gdyby udawał kogoś zupełnie innego …” – skłonność kobiety do analizowania wszelkich sytuacji, była trudna do poskromienia. Niejednokrotnie sama łapała się na tym, że te jej ‘wnikliwe analizy’ wciągały ją w swój wir tak silnie, że … traciła poczucie czasu, a niekiedy również - poczucie pewnej ‘realności’. Ci, co ją znali wiedzieli jednak, że nie bez przyczyny Laura czasem „dzieli włos na czworo”.

- A niechże się Pani nie nerwuje … ja tylko tak sobie gadam, bo to człek – machnął, jakby niecierpliwie ręką – teroz nawet ni ma z kim pogadać, pośmiać się, tak zwyczajnie pobyć, czując bliskość drugiego człowieka. Ciepło jego ciała. A przecie my – ludzie, to zwierzenta stadne i nie możemy tak prawie na zawsze zamykać siem na innych. Ja wiem, Pani młoda, ładna … no – pokręcił z wyraźnym uznaniem głową – jest na co popatrzeć! Ale tylko tyle - uśmiechnął się niespodziewanie, a jego i tak już mętny wzrok stał się jeszcze bardziej nieobecny, jakby na jakieś wyjątkowo miłe wspomnienie. Jego rysy na te kilka ulotnych chwil złagodniały i wygładziły się, policzki nabrały zdrowego koloru i nawet te jego bezbarwne, prawie niewidzące dla siebie przyszłości oczy, zajaśniały jakimś blaskiem.

pamiętam
ciepło
Twojego ciała
na plecach

czuję
aksamit
Twojej skóry
pod opuszkami

przywołuję
wspomnienie
Twojej prośby
- więc przestaję …

… a to było takie miłe

- wyszeptał nieoczekiwanie, nie wiadomo w sumie do kogo.

Laura jednak niespecjalnie zwróciła na to uwagę, gdyż jej oczom ukazał się – jeszcze migotliwy – zarys pomarańczowego kajaka.
„Ufff …. Nareszcie!” – pomyślała i poczuła, jak jej ciało znowu się odpręża.