Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wycinki z Życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wycinki z Życia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 marca 2020

"Gwałtu, rety! ..."

- Co się dzieje?
- Nic takiego - to tylko ... moja wyobraźnia szaleje ...
[ tylko jeszcze do końca nie wiem, pod wpływem czego ... ]

Może to kwestia skojarzeń z wydarzeniami, które miały miejsce w moim życiu i odcisnęły na nim jakiś SWÓJ ŚLAD. A myślę tu przede wszystkim o kolejnym fantastycznym koncercie Grupy Muzyków - tworzących Zespół SUNSET BULVAR, która pochłania ostatnio wiele moich myśli - wraz ze zwiększającą się liczbą nowych pomysłów w ramach współpracy. Tym razem Ich występ był na Mokotowie w uroczej RESTAURACJI serwującej głównie dania typowe dla kuchni włoskiej. Nawiasem mówiąc nabrałam chęci, aby spróbować tej zachwalanej przez Ulę carbonary ...

Na razie jednak - spadła nam przecież na głowy kwarantanna - muszę "obejść się smakiem", nie wiedząc na dodatek, kiedy nadarzy mi się znowu okazja wycieczki na ul. Bobrowiecką 10.
Co robi w takiej sytuacji kobieta, która najchętniej w ogóle nie wchodziłaby do kuchni - no chyba, że po jakiś ... smakołyk lub kawę?

Dokładnie tak ...
idzie do swojej kuchni, wyjmuje garnki, to co znajdzie w szafce i lodówce i ...



Tak! Zapiekanka z makaronu i warzyw. Kurczę! i co najfajniejsze, naprawdę nieźle mi wyszła.
Nie sądziłam, że potrafię w siebie tyle ... jedzenia wepchnąć za jednym razem.

To jednak nie koniec tej oto - może na razie dość nieskładnej - opowieści.
Gdy już postawiłam na stole dzieło, które powstało pod wpływem spontanicznej potrzeby "kucharzenia", poczułam ... że po takiej uczcie przydałby się deser.
I zaczęłam się zastanawiać, czy ja mam coś, co mogłoby taką rolę odegrać.

Wtedy napłynęło do mnie kolejne skojarzenie - tekst, który opublikowałam tu na blogu, jedno z pierwszych opowiadań, które ... można chyba nawet uznać za COŚ SŁODKIEGO

Rzadko wracam do swoich tekstów z gatunku prozy. Częściej natomiast przypominają o sobie wiersze. Może dlatego, że są utkane głównie z emocji - a tych doświadczamy każdego dnia.
Czytając ten tekst też je poczułam.

Czasem używa się pojęcia: "efekt domina".
Myślę, że u mnie on nastąpił i nagle poczułam, że muszę to opisać - ale jakoś tak zgrabniej, z polotem - na wzór ROBERTA MINIATUR, które uwielbiam.

Czy mi się udało?
Wrażenia i Emocje pozostawiam Wam ...
a oto zwariowana rymowanka:

gwałtu? Rety! co się stało?
że tak nagle Panią ...
w stronę mojej kuchni
coś! dzisiaj - może Emocja -
spontanicznie porwało ...?

- sama nie wiem - kręcę głową ...
bo na cóż mi samej -
dziś! z makaronu zapiekanka
jeśli w mojej kuchni
Kogoś mi - brakuje - może ...

tego - z fantazji utkanego-
Wrażliwego kochanka?

piątek, 13 marca 2020

COŚ DLA UCHA i podniebienia

Mimo, że – jak się często mawia „czas nie stoi w miejscu”, to … niektóre rzeczy pozostają jednak niezmienne w moim życiu. Jak choćby to, że – nadal nie jestem znawcą muzyki. Daleko mi też, do zaszczytnego miana Smakosza. Wieść rodzinna niesie zresztą, że w dzieciństwie byłam strasznym niejadkiem – niewykluczone zatem, że ten brak zainteresowania kulinarnymi tematami pozostał we mnie do dziś. Co jeszcze udało mi się zachować? Chyba coś takiego, co nazwałabym krótko:
„Dusza Powsinogi”.

Może będą Tacy, którzy się ze mną zgodzą, że – nie jest łatwo robić coś przeciw własnej Naturze … mnie, odkąd pamiętam ciągnęło do innych Ludzi – chyba byłam Ich ciekawa.
Przy okazji mogłam ZOBACZYĆ nowe miejsca, posłuchać opowieści z klimatem i sprawdzić się w werbalnych interakcjach.
Ostatnimi czasy jednak, stałam się … hmmm … powiedzmy, że dość wybredna i swój udział w takich kulturalno-towarzyskich wydarzeniach – na które ostatnio jestem zapraszana – dokładnie analizuję pod kątem własnych korzyści, przyjemności. Cóż, samo życie …

Trzeba przyznać Robertowi, że format organizowanych przez Niego koncertów Zespołu o nazwie  „Sunset Bulvar”, z którym dość blisko obecnie współpracuje – spełnia moje oczekiwania.
Fajnie, że tę Muzyczną Grupę można spotkać w różnych warszawskich lokalach (przykładowo
w Centrum-StareMiasto – „U pana Michała” oraz obok stacji Metro ONZ – „La Lucy”
- oba występy widziałam na własne oczy, o czym pisałam na blogu w grudniu oraz w lutym.
Może już wkrótce – trzymam mocno kciuki! – będą pojawiać się również na Mokotowie.

Skąd ta Euforia?
Odpowiedź jest dość prosta – przyjeżdżając na Ich koncerty, mam też możliwość poznania nowych miejsc. A nie oszukujmy się … z czasem człowiek „wypada z obiegu” (innymi słowy więcej czasu spędza w pracy i domu), a gdy chce wreszcie! spotkać się ze Znajomymi, to nie wie, gdzie pójść. Można więc powiedzieć, że te moje podróże po Warszawie – dzięki Robertowi – mają nie tylko kulturalny wątek, ale też i edukacyjny charakter.
Przynajmniej dla mnie.


Poza tym …  czasem dobrze jest wyjść z tzw. „strefy komfortu”, czyli poza znajome okolice i – jak w tym przypadku, ja – pojechać na Mokotów. Tę warszawską dzielnicę co prawda znam średnio, ale główne „szlaki komunikacyjne” ogarniam. Ponadto … nazwa ulicy – Bobrowiecka (10) – kojarzyła mi się z siedzibą pewnej Uczelni. Można więc było wysnuć przypuszczenie, że tym razem nie ma opcji, abym się gdzieś po drodze zgubiła. I proszę!
Ileż to może dobrego zdziałać takie „pozytywne nastawienie” … - mimo bowiem pewnych zawirowań w „komunikacji naziemnej”, z której korzystam obecnie dużo rzadziej, bez większego trudu trafiłam pod właściwy adres!
Restauracja Bianco-e-Verde, w której miał wystąpić wspomniany wcześniej Zespół Sunset Bulvar okazała się – z wielu powodów – bardzo sympatycznym miejscem. Tym, którzy będą chcieli po raz pierwszy dotrzeć tutaj innym autobusem niż 107 lub 119 wspomnę tylko, że idąc
od skrzyżowania do przodu, będą musieli minąć szereg budynków mieszkalnych, które przebojem wdarły się w krajobraz ulicy. A tuż niemal za nimi przycupnęła sobie wspomniana włoska knajpka o całkiem sporej przestrzeni, która pozwala nie tylko na to, aby swobodnie tutaj zjeść
w trochę większym towarzystwie, ale również zorganizować koncert.


To naprawdę sympatyczny lokal – kto wie, może zadomowił się tu dawno temu „Anioł Miejsca”, o którym kiedyś podczas wykładu w Lanckoronie mówił prof. Mirek z Krakowa i dlatego restauracja ma taką pozytywną energię. A może stało się tak za sprawą samego Właściciela, który jednocześnie jest Szefem Kuchni i wkłada serce w to, co robi …

Domowy obiad wypełnił mnie po brzegi, więc tym razem opinia o serwowanych tu daniach opiera się wyłącznie na zdaniu moich Znajomych.
A ci wydawali się bardzo zadowoleni z zamówionych potraw. Podobno warto zainteresować się makaronem carbonara


oraz pizza’mi.


Także … jeśli szukacie miejsca na spotkanie w gronie Znajomych, gdzie można zarówno smacznie zjeść, jak i pogadać, warto rozważyć ten właśnie lokal. Ja z przyjemnością go jeszcze kiedyś odwiedzę – szczególnie wtedy, gdy Sunset Bulvar zdecyduje się tu znowu wystąpić.


Pewnie nie raz to powtórzę, ale dla mnie każdy Ich koncert jest wyjątkowo miłym wydarzeniem. Zespół nie tylko odkrywa przede mną nowe miejsca w Warszawie, ale także wprawia w dobry nastrój swoją twórczością. Kolejnym plusem jest fakt, że nie posiadają sztywnego repertuaru - zmienia się on na każdym Ich występie. Owszem, niektóre piosenki weszły do niego na stałe
– ale to w sumie dobrze, bo brzmią moim zdaniem nawet lepiej od oryginałów.  A myślę tu choćby o utworach: „Be the one” (Dua Lipa) oraz „September” (Earth, Wind & Fire) – uwielbiam oba te covery. Podobnie jest z utworem „Purple Rain” (Prince) – którego mogłabym w Ich wykonaniu słuchać bez końca. Ostatnio nawet przychylniejszym okiem patrzę na utwór „Taka Warszawa” (Beata Kozidrak) oraz piosenkę „Prowadź mnie” (Kasia Kowalska).


Myślę, że to zasługa jedynej w tej Grupie Kobiety, która oprócz wspaniałego głosu, ma piękną dykcję i wymowę. Nie trzeba się domyślać, o czym śpiewa – co ma największe chyba znaczenie podczas prezentacji autorskich piosenek, do których polski tekst stworzył wspomniany Robert. Może podczas jakiegoś występu Zespół skusi się na ograniczenie liczby angielskich coverów,
na rzecz rodzimych utworów lub właśnie tych swoich. Prace nad materiałem na płytę wszak już trwają, a te ich wspólnie stworzone piosenki brzmią rewelacyjnie. Jednym z moich ulubionych jest utwór „Na rozstajach”, choć i „Mania” – ma swój niezaprzeczalny czar.

Fajnie, że Grupę coraz częściej można oglądać na żywo i czerpać z Ich koncertów pozytywną energię. Gołym okiem widać, że odczuwają prawdziwą radość z występowania
przed publicznością, szybko zjednując sobie takim zachowaniem jej przychylność. Może też dlatego, że wszyscy starają się zachować z nią kontakt – choćby zachęcając do wspólnego śpiewania, czy rozdając – jak Jowita – cudownie promienne uśmiechy.

Osobiście będę długo wspominać ten niedzielny marcowy wieczór – wspaniałe zakończenie „Dnia Kobiet”. Indywidualne rozmowy z Jowitą, Krzyśkiem, Markiem i Marcinem oraz Robertem pozwoliły mi lepiej poznać każdą z osób. Zaciekawili mnie tak bardzo, że chyba …

… ale to już inna historia 😊

niedziela, 1 grudnia 2019

jest Nadzieja ...

Co prawda nie odwracała głowy na widok wózków z bobasami i nie krzywiła się, napotykając na swej „drodze dojrzałej Kobiety” dzieci od 3 lat wzwyż, ale … w duchu cieszyła się, że te wczesne lata macierzyństwa ma już dawno za sobą. Owszem, były to piękne momenty na ścieżce jej życia, ale na tamte czasy. Nie na te, obecne. Poza tym, jak mogłaby się nimi cieszyć bez … - lekki skurcz chwycił ją za gardło i szybko odbiegła myślami w zupełnie inną stronę.

Listopad zbliżał się, przypominając o sprawach, o których starała się na co dzień nie pamiętać. Wywoływały niepotrzebne zmiany nastroju. Nie chciała tego. Czuła, że musi wreszcie zamknąć ten rozdział i rozpocząć nowy. W końcu czające się za ramieniem losu pół wieku nie musiało być takie straszne. A może miało jakąś magiczną moc. Może była to jakaś czarodziejska liczba. Chciała w to wierzyć. Stała bowiem już zbyt długo na „rozstaju”. Należało się wreszcie ocknąć, a przynajmniej podjąć ostateczną decyzję, dokąd iść. Westchnęła dramatycznie. Wygodna kanapa, z której tak się cieszyła, teraz wydawała się zbyt ogromna na jej potrzeby i przez to także … pusta. Oczywiście w tej rzeczywistości, bo w jej równoległej „alternatywie” – wyglądało to zupełnie inaczej.

„Skąd przyszedł jej do głowy pomysł, aby mnie zabrać do ZOO?” – to pytanie uparcie krążyło wokół jej głowy, choć minęła niecała godzina od momentu zakończenia rozmowy z córką. Nurtowało ją, bo dawno nie miała tyle problemu, aby domyślić się motywów działania swojego dziecka. Jedynego dziecka. Następcy. „Następczyni” – automatycznie poprawiła się w myślach. Ona swoje zadanie wykonała, choć nie było proste. Była zdziwiona tym, że się jej udało, bo jeszcze te … trzydzieści lat temu nie dopuszczała możliwości, że się na to zgodzi. Buntowała się. „Zmieniaj to, co jest możliwe do zmiany, a z tym, czego zmienić w danej chwili nie możesz, nie walcz. Przyjdzie czas, że Twoje „puzzle przeznaczenia”  wskoczą na odpowiednie miejsca. Pamiętaj, że Kobiety w naszym Rodzie są silne” – mawiała jej, dawno już nie żyjąca prababcia. Olimpia odnosiła czasem wrażenie, że tylko Ona chciała ją zrozumieć tak naprawdę. Jakby łączyła je wyjątkowo silna moc – taka, która zdarza się wyłącznie w opowieściach snutych w gronie mniejszych lub większych społeczności. Czuła, że prababcia Marianna kocha ją tak, jak nikt inny by nie był w stanie ...

Dla niej, było niemal cudem, że staruszka dotrwała tak sędziwego wieku, jak 103 lata, zachowując jasność umysłu lepszą, niż ludzie o połowę młodsi. Te jej kojące zielone oczy pozostały bystre do ostatniego oddechu. Olimpia wiedziała to najlepiej. W końcu była przy tym, gdy najstarsza w rodzie zamknęła na zawsze rozdział życia swojego ciała na tym świecie. Co do ducha, to Ola – jak lubiła skracać swoje imię – nie była pewna. W rodzinie od dawna wyznawano teorię reinkarnacji, a magia oplatała ich mniej lub bardziej delikatnie. Ona sama też miała pewne „moce”. Jednakowoż, nie lubiła ich używać za często. Nie wszystkie w Rodzie potrafiły to uszanować, a od zrozumienia dzieliła je niemal przepaść. Trzymały się jednak przekazywanych z pokolenia na pokolenie zasad. One co prawda też musiały się trochę zmieniać, bo świat szedł naprzód, a ludzie wciąż żyli nadzieją odkrycia wszystkich tajemnic wszechświata.  Szkoda, że nie zastanowili się, co będzie wtedy, gdy je rozgryzą … Poza tym źle się czuła z myślą, że mogłaby manipulować życiem tych, którzy byli inni od niej. To byłoby bardzo nie w porządku wobec nich. Czasami dopuszczała jednak odstępstwa od wpojonych tradycji. Najczęściej robiła to w jakimś szczytnym celu – oj, tak … wtedy nie miała skrupułów. Potrzebowała czasem pomóc tym, których lubiła, szanowała i kochała.

„Co się stało, że zadzwoniła tak nagle? Czyżby … ?” – kolejne pytanie bez odpowiedzi, niebezpiecznie zawisło w powietrzu. Po chwili jednak słaba nadzieja, która zakiełkowała w jej sercu, poczuła się trochę pewniej i zaczęła zagarniać coraz więcej miejsca – także w głowie. „Cóż, nie dowiem się tego, jeśli zostanę w domu”- pomyślała i spojrzała na stojący na szafce pękaty zegar. Lubiła go, choć budził też trochę bolesnych wspomnień. Miała półtorej godziny, aby podjąć ostateczną decyzję. Wstała z kanapy i wyjrzała przez okno. Niebo szykowało jakieś niespodzianki. Czuła to. Słońce droczyło się z chmurami, a może przeciwnie – to one z nim. Do tego wszystkiego jeszcze wiatr nie mógł się chyba zdecydować, czy chce mu się angażować w te „przepychanki” na nieboskłonie, czy jednak nie. Westchnęła raz jeszcze, po czym ponownie usiadła na kanapie. Głowa niby w obłokach, ale w otoczeniu stad różnych myśli. Była tym zmęczona. Nie chciała już doznawać zbyt gwałtownych emocji. Czyżby powoli przekraczała jakąś magiczną granicę? A może jednak traciła siły z zupełnie innych powodów? Długo trwało, zanim przyznała przed samą sobą, że ostatnio brakowało jej motywacji. Do czegokolwiek …


„Co ja sobie myślałem? Wariuję chyba na stare lata” – Olaf stał przy wejściu do Ogrodu, czekając wraz z innymi, aby kupić bilety. Kolejka posuwała się wyjątkowo wolno, choć niby były czynne dwie kasy. Ta powolność nie byłaby w sumie nawet taka zła - dawała szansę, aby odwlec moment zawodu. Jednak towarzystwo dwóch rozbrykanych kilkulatek, do którego nie był specjalnie przyzwyczajony, był trudny do zniesienia. Rozglądał się więc nerwowo nie wiedząc, czy i jak radzić sobie z czasem. Nie był przyzwyczajony do odmowy ze strony kobiet. Nawet tych w jej wieku. Miał świadomość, że jest wciąż całkiem atrakcyjnym mężczyzną. Na różnych polach – wyglądu, tężyzny fizycznej, doświadczenia, majętności i … czaru, który niewątpliwie posiadał, jak każdy facet w jego Rodzie.

Był dumny ze swojego pochodzenia. Na tyle, że kiedyś to uczucie uderzyło mu lekko do głowy i się totalnie zapomniał. „Dałeś się ponieść, stary” – zwrócił się w myślach, do samego siebie. Wzrok automatycznie powędrował na podskakującą obok niego jedną z dziewczynek. Miał podejrzenie, że jego wnuczka w jakiś przedziwny sposób i wbrew niejako naturze, przejęła część rodowej mocy. Była inna. Fascynowała go. Może dlatego tak chętnie zgodził się na odnowienie swoich kontaktów z córką. Dzięki nim miał możliwość obserwowania Zuzy. Co zrobi z tą wiedzą? Jeszcze nie wiedział.

Zadumał się na chwilę. Nagle poczuł delikatne szturchnięcie mężczyzny w zbliżonym do siebie wieku, stojącego za nim wraz z podobnym kilkulatkiem – ale jednak tylko jednym. Na dodatek - chłopcem. Co prawda lekko naburmuszonym lub wręcz urażonym faktem, że on tyle musi czekać wraz z innymi, ale jednak jakimś męskim potomkiem. Pomyślał o Łukaszu, ale zaraz uwaga skupiła się na poprzednich rozważaniach. Co go opętało, aby dobrowolnie zgodzić się na spędzenie sobotniego wczesnego popołudnia w towarzystwie czyichś przyszłych żon? Te małe kobietki mogły się kiedyś przecież nimi stać. Zadrżał. Sam nigdy się nie ożenił, choć niewiele zabrakło, by zmienić ten status. Przynajmniej kilka razy.

Jak automat podszedł do kasy i uiścił stosowną opłatę. Za chwilę miał przejść ciężką próbę. Rozejrzał się po raz ostatni dookoła, po czym podał bilety mężczyźnie przy wejściu. Ten uśmiechnął się do całej trójki i życzył miłego pobytu. Olaf westchnął. Jak się można było domyślać, obie dziewczynki ledwo przekroczyły próg ZOO, pobiegły do najbliższego wybiegu. Był prawie pewny tego, że nie było dla nich aż tak istotne, kogo tam znajdą. Liczyło się tylko to, że będzie to po prostu zwierzątko. Żywe, tajemnicze, może nawet pierwowzór bohaterów jakiegoś filmu lub zabawkowych bożyszczy małych kobietek. W sumie jednak nie było w tym nic złego. Uważał, że najszczęśliwszy okres życia każdego niemal człowieka, to zapamiętane wspomnienia z dzieciństwa. On sam w ich wieku wierzył w różne dobre postacie. Jasne, zdecydowanie inne od tych dzisiaj prezentowanych na ekranach różnych nośników elektronicznych, ale … gdzieś tam zawsze pozostają jakieś punkty styczne. Na pewno tak było i tym razem.

Choć przekroczył „półwiecze”, nadal potrafił przywołać wspomnienia z tamtych lat – wyjątkowo szczęśliwych okresów jego życia. Teraz miewał jego zaledwie namiastki. Nie chciał jednak narzekać, tylko starał się jak najbardziej świadomie cieszyć tymi chwilami. Najważniejsze, że mógł wciąż ich doświadczać. Rozumiał więc te dwie drobne panienki. Może dlatego zgadzał się czasem, by owijały go wokół swoich szczuplutkich paluszków. Na dodatek, nic nie chciał z tym robić – rozczulał go widok słodkich dziecięcych minek, a ich sporadyczne „damskie fochy” bardziej rozśmieszały, niż irytowały. Pozwolił więc – im na radość i swobodę, a sobie na to, aby jednak delikatnie lustrować wzrokiem otoczenie.

Nie miał numeru jej telefonu – jakoś nie złożyło się, aby z prawdziwą galanterią go zdobyć. A on miał się za 100% gentelmen’a. Tak był wychowany. Z tego choćby względu dopuszczał możliwość, że nie potraktuje propozycji wspólnej wycieczki poważnie. Nie zamierzał jej podrywać – coś mówiło mu, że nie zasługuje na taką przygodną znajomość z nim. Nie chciał jej w żaden sposób skrzywdzić, a to czasem mu się jednak zdarzało – brakowało mu niekiedy świadomości skutków własnych wyborów. Tym niemniej coś jednak „zmusiło” go do tego, aby rozstając się z nią poprzedniego dnia, wyjść z taką właśnie propozycją – spędzenia wspólnie paru sobotnich godzin.

Otrząsnął się ponownie z rozmyślań. Należało zaopiekować się dzieciakami, które oczywiście już pobiegły gdzieś dalej. Gdzie? Rozejrzał się. Nie był zdenerwowany tym ich zniknięciem tak, jak wczoraj, w przypadku Zuzki. Zaaplikował sobie mały wdech i ruszył drogą ozdobioną strzałkami. Okazało się, że dokonał właściwego wyboru, gdyż już po chwili ujrzał swoje podopieczne przed klatką z jaszczurkami.
- Oli, zobacz jakie one śmieszne! – cienki głosik wydobył się z jednej z postaci i poczuł małą rączkę, ciągnącą rękaw jego sztruksowej marynarki.
- A co takiego w nich zabawnego? – Olaf lekko się wzdrygnął. Nie był pewien, czy tę reakcję wywołał zwrot, którego użyła wnuczka, czy to obraz gada tak na niego podziałał. Nerwowo zaczął obracać w myślach tytuły dziecięcych bajek. Od niedawna namiętnie je zgłębiał, aby móc w jakimś momencie zaimponować Zuzce. Żaden niestety nie kojarzył mu się z jaszczurką.
- Dziadku – Zuzka zdała sobie nagle sprawę, że lekko przesadziła ze swoją bezpośredniością wobec starszej od siebie osoby. Refleksja przyszła na szczęście wystarczająco szybko. Zanim Olaf wydobył jakikolwiek dźwięk z siebie, już złapała go drugą rączką za rękaw. Musiała jakoś odwrócić jego uwagę od siebie. W końcu nie zamierzała odkrywać, bądź co bądź obcemu sobie mężczyźnie własnych tajemnic. Niby był jej dziadkiem, ale tak naprawdę pojawił się w jej życiu zaledwie pół roku wcześniej. Mama nigdy o nim nie opowiadała. Wyjątkowo umiejętnie też wykręcała się od udzielenia określonej i jasnej odpowiedzi na pytania o niego. Próbowała jeszcze wypytać babcię Tessę, czyli matkę swojej mamy, ale ta też jakby … „nabrała wody w usta”.
Niekiedy odnosiła wrażenie, że te wszystkie rodzinne lub rodowe tajemnice muszą pozostać ukryte przed nią tak długo, aż osiągnie pewien wiek. Tylko nie była pewna, ile to mogło być właściwie lat. Dziesięć? Piętnaście? Osiemnaście? Nie mogła się doczekać, kiedy nadejdzie jej dzień i smak „dorosłości” pozna i ona. Zamrugała szybko powiekami i skupiła się na Olafie. Czuła, że jest inny i to sprawiało, że starała się jeszcze bardziej kontrolować swoje zachowanie.
– Tym razem chodzi o postać z książki. Takiej całkiem niezwykłej… Wiesz dlaczego? Ta książka naprawdę pomaga. A główna bohaterka nazywa się …. – nagle jej słowa zostały zagłuszone przez pisk koleżanki. Na szczęście wyłącznie z zachwytu co prawda, ale jednak dźwięk rozproszył go na tyle, że nie był pewien, czy dobrze zrozumiał imię postaci, której trzecia część przygód miała wkrótce ukazać się na rynku wydawniczym. Zresztą teraz ważne było tylko to, że zwierzątko podbiło jej serduszko. Podejrzewał, że uważała je za niezwykle przyjazne małym ludziom. Takie w końcu bywają bajki dla małych dzieci, wyczarowują im zawsze takie opowieści, w których można liczyć na szczęśliwe zakończenie.
Może znowu zamyśliłby się na dłużej, gdyby naraz powietrze nie zawirowało od przeciągłego skrzeku papug w oddali. Dziewczynki, jak na sygnał odwróciły się i pobiegły w tamtą stronę. Nie miał więc czasu na zastanowienie. Pożegnał wzrokiem jedną z „gadzin” i skierował kroki do klatek, skąd dochodziły nawoływania tych barwnych ptaków. W jego ocenie niesamowicie pojętnych – miał kiedyś okazję przekonać się, jak szybko potrafią się uczyć.

„Muszę zobaczyć na własne oczy tę jaszczurkę. Poszperam w necie w wolnej chwili.” – przyrzekł sobie w duchu. Przytomniejszym wzrokiem objął najbliższe otoczenie Ogrodu i wtedy … Raptownie się zatrzymał, zapominając zupełnie o wszystkim, co zaprzątało jego umysł chwilę temu. Kątem oka dostrzegł ją wśród innych. Przynajmniej taką miał nadzieję. Chciał jej podziękować za pomoc Zuzce – w końcu wcale nie musiała tego robić. Wyglądała tego dnia na zmęczoną, a jednak nie odmówiła prośbie małej dziewczynki. Najbardziej chyba ujęła go … jej kruchość, pod którą niewątpliwie czaiła się jakaś bliżej nieokreślona moc. Czuł to. Ta siła przyciągała go do niej. Zdjął słoneczne okulary, aby mieć lepszy widok. Tak, niewątpliwie zbliżała się do niego.

Nie była jednak sama. Towarzyszyła jej równie wysoka, ale trochę starsza kobieta. Siostra? Przemknęła mu ta myśl przez głowę, bo łączyło je pewne podobieństwo w rysach twarzy, figury, sposobie poruszania się. Szły obok siebie, obydwie niezwykle piękne. Zajęte rozmową. Dużo by dał, aby dowiedzieć się o czym tak rozprawiały z uroczymi uśmiechami na swoich delikatnych obliczach. Słońce oświetlało ich sylwetki od tyłu, nadając im jakiegoś magicznego blasku. Przypominały mu Anioły, które nagle zeszły z niebios, aby wypełniać swoje "powinności" wobec ludzi. Chciał jak najszybciej przywitać się z nimi i poznać bliżej towarzyszkę Meli. Musiał jednak najpierw odnaleźć dziewczynki. Miał nadzieję, że jednak zostanie zauważony – podniósł wysoko rękę i pomachał nią energicznie. Potem szybko się odwrócił i odszedł.

„Od dziś kocham papugi najbardziej ze wszystkich ptaków” – obiecał sobie zmianę poglądów po tym, jak ujrzał Zuzkę i Majkę przy klatkach. Fakt, że paleta kolorów ptasich strojów zasługiwała na podziw. Szczególnie w oczach kobiet - nawet tych bardzo małych. Tylko, że nigdy nie było wiadomo, jak długo może on potrwać. Zachwyt pojawiał się znienacka i znikał równie szybko. Trudno było go utrzymać dłużej, niż kilka chwil. Czasem obserwował zachowania innych dzieciaków i coraz częściej dochodził do wniosku, że te małe żywiołowe postacie są z innego świata. Nie nadążał za nimi. Taka była prawda.
- Zuzka, a może wrócimy do jaszczurek? – zaproponował znienacka.
- Eeee … nie, tu jest ciekawiej – odezwała się, nie odrywając wzroku od jakiegoś większego ptaszyska.
- Majka, a może ty chciałabyś zobaczyć raz jeszcze bohaterkę tej książeczki? – postanowił się nie poddawać, tylko zmienić taktykę.
- Cziczi? – Majka „złapała przynętę” i na moment oderwała wzrok od ptaków. – Nie, jednak też podziękuję – odpowiedziała i powróciła do papug.

„No, masz … i co mam teraz zrobić?” – zmartwił się brakiem planu. Ten stan smutku szybko na szczęście rozproszył dźwięk słów i delikatny dotyk, który poczuł na ramieniu. Mela najpierw przywitała go serdecznie, a potem zaczęła mu przedstawiać tajemniczą nieznajomą. Na tych komunikatach pragnął skupić się najbardziej. Musiał przecież dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Od chwili, gdy ją zobaczył w promieniach jesiennego słońca, jakaś struna drgała wciąż w jego sercu i umyśle. To uczucie nie było mu znane i aż zabrakło mu na moment tchu. Wzruszenie odebrało mu na ułamki sekund jasność umysłu. Jeszcze bardziej zaczął się obawiać. Najbardziej tego, że ta kobieta nie zwróci na niego uwagi lub – co gorsza, dostrzeże w jego oczach dotychczasową „płytkość” relacji z płcią przeciwną. „Ciążą stare grzeszki, co?” – sumienie nieoczekiwanie poderwało głowę i nie dawało o sobie zapomnieć.

- Ach! Cóż za wspaniała niespodzianka! – wykrzyknął tylko teatralnie, aby zwrócić swoim zachowaniem zainteresowanie Zuzki. Czuł, że „odsiecz” ze strony wnuczki jest mu teraz wręcz niezbędna. W końcu więzy krwi coś powinny i dla niej znaczyć, czyż nie? Miał taką nadzieję.
Nie zawiódł się. Dziewczynka widząc swojego „żołędziowego Anioła” – bo taki przydomek zyskała młodsza z kobiet od dnia poprzedniego – oderwała się od papug i uradowana zawisła jej na szyi. Dobiegł go jeszcze przenikliwy pisk, aż ponownie zabolały go uszy. Mimowolnie wykonał ruch, aby ochronić te swoje wyjątkowo wrażliwe na dźwięki części ciała. Nie uszło to uwadze starszej z kobiet, która na ten gest lekko się uśmiechnęła. „Pierwsze lody” zostały przełamane. Potem, nie wiadomo kiedy, minęły dwie godziny.

Dostrzegł, że dziewczynki powoli traciły siły. Należało więc pomyśleć o zakończeniu sobotniej wycieczki. Olaf czuł się rozdarty. Sam odczuwał pewne zmęczenie, a jednocześnie pragnął pozostać dłużej w towarzystwie Olimpii. Jak się okazało nie starszej siostry Meli, a matki. To zwiększało szansę na kontynuowanie znajomości. Byli bardziej zbliżeni wiekiem, mogli mieć podobne doświadczenia życiowe – zauważył, że nie nosiła obrączki, tylko drobny, wręcz skromny pierścionek na serdecznym palcu lewej ręki. Liczył, że ten dzień nie zakończy tworzącej się relacji. Chciał więcej.


Miała świadomość jego zewnętrznej atrakcyjności, a także i tej … wewnętrznej. Na początku była trochę zła na córkę, że nie zdradziła jej prawdziwych motywów wspólnego wyjścia. Potem jednak obecność rezolutnej wnuczki Olafa i jej koleżanki osłabiła tę emocję. Z każdą minutą wspólnego spacerowania po Ogrodzie przekonywała się też do mężczyzny. Mimo początkowych obaw nie miała poczucia, że stosuje jakieś „tanie chwyty”, aby ją poderwać. Nie dla niej samej oczywiście, tylko tak bardziej chyba dla … sportu.

Zdarzało się jej poznawać podobnych facetów. W ich źrenicach można było dostrzec, że mimo upływających lat, wciąż mają tą samą - niezrozumiałą potrzebę. Udowadniania sobie i innym, że ich urok wciąż działa na kobiety. Nie szukała takich znajomości. A może wciąż nie była gotowa na żadne. Choć coraz częściej dokuczało jej poczucie osamotnienia. Nie była do tego stanu przyzwyczajona. Potrzebowała towarzysza podróży. Kogoś, przy kim mogłaby swobodnie się czuć, wyrażając swoje opinie lub opowiadając o swoich planach. Bo takowe znowu miała. Dość ambitne zresztą.

Do niedawna traktowała pojawiające się w jej życiu zmiany, jako karę. Nie wiedziała co prawda, z jakiego powodu miałaby ją otrzymać od losu, ale … z odczuciami trudno było walczyć. Za dużo spraw poszło nie tak. Inaczej je sobie wymarzyła. Ukochane mieszkanie przestało cieszyć, choć nadal lubiła do niego wracać, by odnajdywać tam kojącą, ale ulotną obecność Piotra. Praca, którą sobie wybrała, zaczynała coraz bardziej męczyć. A przecież do emerytury pozostawał jeszcze całkiem pokaźny „szmat czasu”. Wizja tkwienia w tym samym miejscu przez kolejne lata, a może i kolejną dekadę jej życia, przerażała. Nieznane pociągało.

Z bilansem coś było jednak nie w porządku. Ciągle coś w nim się nie zgadzało, przynosząc kolejne zaskoczenia. Miała nadzieję, że te najistotniejsze sprawy ułożą się już niedługo. Była gotowa zaryzykować. Tylko, czy wystarczy jej odwagi, aby iść za ciosem i zmienić także coś w swoim życiu prywatnym? Nie była tego pewna. Co prawda, niby wyczuwała, że ten spacer może być dla niej przełomowym zdarzeniem, a jednak … miała masę wątpliwości. Pytanie, czy też prośba Olafa o podanie jakiegoś kontaktu do siebie, wywołała w niej panikę. Zamarła na dłuższą chwilę, a świat jakby zatrzymał się razem z nią. Może nie trwało to tak długo. Wystarczyło jednak, by Mela zadecydowała niejako za nią, dyktując numer jej komórki. Gdy skończyła to robić, filuternie na nią jeszcze spojrzała i puściła oko.

„Jak ja ją wychowałam? Jak mogła mi to zrobić?” – kolejne pytania pojawiały się i znikały, aby ponownie o sobie przypomnieć. Zostawiła w przedpokoju jesienne półbuty i weszła do salonu. Oparła głowę o zagłówek kanapy i przymknęła oczy. Gdy to zrobiła, niemal natychmiast pojawił się pod powiekami obraz Olafa. Leciutko się wzdrygnęła na ten widok i raptownie otworzyła oczy. Podeszła do okna i przystanęła tam na dłuższą chwilę, zapatrzona przed siebie. Natura fascynowała.

Jakiś nagły impuls przywrócił ją do rzeczywistości. Odszukała wzrokiem swój notes z okładką w odcieniu butelkowej, lekko zgaszonej zieleni i otworzyła go na przypadkowej stronie. Sięgnęła po ulubiony długopis i powoli zaczęła dzielić się słowami …

z niepokojem
wyglądam przez okno
obserwując
zmagania słońca z chmurami

- Uda Ci się,
na pewno Ci się uda! -

mruczę pod nosem i …
tylko -
sama już nie wiem
komu
bardziej kibicuję
słońcu, czy sobie …

Foto: Anna Gawryszewska - Pierwszy Oficer na pokładzie projektu "Rok w Lanckoronie", a jednocześnie niezwykle wrażliwa na urok świata Kobieta, która potrafi zatrzymać 'ulotne chwile'



niedziela, 30 czerwca 2019

miłe ... Początki?

Laura z ogromną przyjemnością wskoczyła na swój ukochany rower. Miała ochotę znowu pognać w kierunku jeziora, usadowionego wygodnie za miastem w odległości ok. 8 km. Dla niej taki dystans nie stanowił żadnego problemu. Był niewinną rozgrzewką przed … czasem oczekiwania na … Kusiła i bliskość wody i niesamowity wachlarz zieleni, który stworzyła natura z ciasno otaczających brzeg – różnych roślin.


Widać było, że ‘trzymają sztamę’, mimo swej odmienności. Tylko w kilku miejscach pozwoliły człowiekowi zająć jakiś niewielki fragment terenu – godząc się ostatecznie na drewniane pomosty (mniej lub bardziej solidnie zbudowane).
To z nich można było ‘zwodować’ w miarę bezpiecznie kajak, jeśli ktoś nie chciał moczyć nóg, bądź nie miał ochoty odczuć na własnej skórze lepkiego dotyku, grząskiego dna. Czasem, gdy przyjeżdżała nad jezioro spontanicznie i wolała wrócić w miarę sucha – mimo braku odpowiedniego ekwipunku – korzystała właśnie z takich „mini-przystani”. Dostanie się do wnętrza kajaka wymagało pewnej sprawności, ale tą akurat umiejętność miała opanowaną perfekcyjnie. Od dziecka kochała wszelką aktywność sportową i odkrywała dla siebie różne dyscypliny. Niektóre wciągały ją na dłużej, z innymi szybko się żegnała. Te, które obiecywały bezpośredni kontakt z wodą, wręcz uwielbiała – jak choćby właśnie … łaskotanie kajakiem tafli jeziora – aż uśmiechnęła się na to określenie. Ale coś jednak było w nim prawdziwego. Wystarczyło delikatnie wzruszyć falę wspomnień …
I już widziała siebie – a dokładnie ten moment, w którym płynęła pchana siłą wcześniejszych ruchów wiosłem. Dziób jej ‘łajby’ delikatnie rozgarniał na boki wodę, która jeszcze przez jakiś czas falowała wesoło – niczym rozchichrane czułym dotykiem, małe dziecko.
Tak się zatraciła w tych obrazach z przeszłości i rozmyślaniach, że ze zdziwieniem stwierdziła, że jest już na miejscu. „Rany, znowu chyba wpadłam w ten swój ‘myślowy trans’. A obiecałam sobie, że będę to kontrolować” – pomyślała gniewnie, zsiadając z roweru. Niezadowolenie z siebie szybko jednak minęło, gdy poczuła zapach jeziora. Z miejsca gdzie stała, nie było go dokładnie widać, aczkolwiek już zauważyła, jak macha do niej lekkimi falami, które tworzył wesoły wiatr. Może tak jak ona, lubił tutaj przesiadywać i przelatywać znienacka z jednej strony akwenu, na drugą. Uśmiechnęła się.

Po chwili już przypinała rower, aby jak najszybciej znaleźć się na pomoście i wskoczyć w swoją ulubioną, pomarańczową 'jedynkę'. Nie cieszyła się ona zbytnią popularnością nie ze względu na kolor, ale raczej na mały „feler”. Kajak miał bowiem swoją własną, bolesną historię.
Traf chciał, że wsiadł do niego kiedyś człowiek, który nie miał bladego pojęcia o pływaniu takim sprzętem. Był to mało sympatyczny ktoś, zadufany w sobie i przekonany we własne możliwości – nawet w obszarach, na których się nie znał. Jak się szybko okazało, bardzo się pomylił w ocenie realnych swoich umiejętności. W efekcie on już nigdy więcej nie wsiadł do kajaka, a sprawna do tej pory pomarańczowa 'jedynka', nabrała maniery lekkiego zbaczania w lewo.

Jakież było jednak zdumienie Laury, gdy odkryła, że przy pomoście jej nie ma. Gdy uważniej się rozejrzała odkryła, że żadna ‘jedynka’ nie została wśród stojących blisko pomostu kajaków. Fakt, nie było ich dużo – może zaledwie trzy, gdyż właściciel uznał, że raczej nie będzie wielu amatorów samotnych podróży po jeziorze. Może i było w tym coś logicznego.
Był to jednak jakiś ewenement, gdyż dzień w sumie dopiero się rozpoczynał. Dochodziła godzina dziewiąta – jak uprzejmie podpowiedziała komórka. Nie pozostawało nic innego, jak zaczekać.

- Oby tylko nie za długo – mruknęła pod nosem, znowu lekko zezłoszczona. Najbardziej chyba faktem, że nie wiedziała, ile czasu to zajmie. Nie tak to sobie zaplanowała. Weszła na pomost, licząc że ujrzy wkrótce swoją ukochaną ‘jedyneczkę’.

- A niechże siem Pani nie złości, bo to mówiom, że szkodzi pienkności. Jeszcze kwadrans i kajak bydzie do pani dy-, dy- … bydzie można płynąć  – lekko chrapliwy męski głos zabrzmiał nagle przy jej uchu. Laura drgnęła nerwowo, wytrącona z rozmyślań. Spojrzała szybko w bok i ujrzała jakiegoś mężczyznę. To nieoczekiwane towarzystwo obcego jej przecież człowieka, trochę ją zaskoczyło i nawet lekko wystraszyło. Ten, zupełnie jakby nieświadomy targających kobietą emocji, przysunął się do niej z puszką piwa w ręku – jakby byli starymi znajomymi. Na sobie miał koszulkę, która mogła sugerować, że jest fanem jednej ze znanych piłkarskich drużyn lub … która mogła nie oznaczać - nic.

- Dziękuję za informację – odparła grzecznie. – A to można tak … „na służbie”? – zapytała trochę przekornie, wskazując na alkohol.

- Taa, gdzie tam … – nieznajomy machnął ręką, jakby odganiał jakiegoś natrętnego owada. – Ja tu nie robie. Czasem ino pomagam, jak cuś trza naprawić. A dziś to ja … i n c o g n i t o  – dodał, powoli literując ostatnie słowo. Wydawał się niezwykle dumny ze swojej elokwencji, czym lekko ją rozbawił. Laura uważniej zlustrowała postać, stojącego blisko niej mężczyzny. Wyglądał na kogoś „zmęczonego życiem” – jak czasem określała ludzi, którzy weszli w zbyt długo trwającą relację z napojami o różnym stopniu nasycenia procentami. Kilkudniowy, średnio świeży zarost okalał jego twarz, a oczy prawie ginęły pośród podpuchniętych – nie wnikała już od czego – powiek. W tej chwili nie czuć było od niego alkoholu – puszka w jego lewej ręce wciąż pozostawała zamknięta.
- No i patrz, pani … a to lachony jedne. Przyjeżdżajom tu nie wiadomo skond, od rana „wylaszczone” - jak to mawiajom teraz dzieciaki i tylko prowokujom. Opalać, a raczej obłapiać można gdzie indziej – splunął raptem pod nogi i wytarł usta wierzchem prawej dłoni. – A, przepraszam … - wydawał się lekko zmieszany własnym zachowaniem, czym nieoczekiwanie wywołał delikatny uśmiech na jej twarzy.

- Nic się nie stało – zapewniła go z uśmiechem, spoglądając w głąb jego prawie bezbarwnych oczu. Trwało to zaledwie może ułamek sekundy. Jej wzrok podążył już zupełnie gdzie indziej, ale ona … już była przekonana, że mimo nieciekawego wyglądu oraz dosadnie prezentowanych poglądów w formie prostego słownictwa, nieznajomy nie stanowi dla niej specjalnego zagrożenia. Ot, taki chyba … samotny gawędziarz.

- Z pani, to całkiem fajna babka. Ja to paniom widuje tutaj czasem – nieoczekiwanie przysunął się bliżej, aż dotknął materiałem swojej koszulki, jej nagiego ramienia.

Napięła mięśnie mimowolnie, jakby jej ciało mimo przekonań mózgu, wyczuło zagrożenie. Nie lubiła chwil, gdy ktoś naruszał jej przestrzeń. Szczególnie, gdy nie było do tego żadnych podstaw. Tego człowieka nie znała i nawet nie kojarzyła z widzenia, w przeciwieństwie do innych kręcących się tutaj mężczyzn. Przyjeżdżała na ten pomost rowerem na tyle często, że pracownicy wypożyczalni – jak i sam właściciel, pan Kazik – już nawet nie pytali, co chce i na jak długo. Postać człowieka, który tak nieoczekiwanie rozpoczął pogawędkę, była jej zupełnie obca.
„Sprowokowałam go czymś? Właściwie, to skąd on się tu pojawił? Kto to w ogóle jest? Twierdzi, że czasem tu pomaga coś naprawiać. To, może i mówi prawdę, że mnie kojarzy. A jeśli to jednak …” - tabuny takich oraz podobnych myśli przemykały w tej chwili przez głowę Laury. Czuła się nieswojo. Nagle odniosła wrażenie, jakby znowu traciła kontrolę. A taką miała nadzieję, że to poprzednie życie zostawiła daleko za sobą. Chciała, aby pozostało zamkniętym rozdziałem w jej prywatnym albumie, do którego nie chciała już chyba nigdy zaglądać.

- Pani, niechże się pani nie boi starego dziada – mężczyzna wybudził ją z kolejnych rozważań, w które popadła. Tym razem jednak, świadomie dotknął dłonią jej ramienia. Drgnęła i uchyliła się nieznacznie, aby uniknąć dłuższego kontaktu. Zauważył to. Zabrał szybko rękę, ale nie odmówił sobie rubasznego dość komentarza: – Ależ od pani żar bije! Goronca Kobita, aż oparzyć się można – zaczął machać nadgarstkiem, imitując możliwe zdarzenie. Jego gromki śmiech poniósł przez moment wiatr, aby chwilę potem rozdmuchać całkowicie …

Lekko zawstydzona zachowaniem i słowami mężczyzny Laura, gorączkowo zastanawiała się, co dalej robić. „Jak zacznie przeginać, to po prostu pobiegnę po rower i … tyle będzie mnie widział” – pomyślała nagle i od razu poczuła się pewniej. „Choć w sumie to … byłoby trochę szkoda kajaka. Może ja jednak trochę przesadzam? Gość na razie niczego złego mi nie zrobił. Fakt, jest dość … bezpośredni, ale może to lepsze, niż gdyby udawał kogoś zupełnie innego …” – skłonność kobiety do analizowania wszelkich sytuacji, była trudna do poskromienia. Niejednokrotnie sama łapała się na tym, że te jej ‘wnikliwe analizy’ wciągały ją w swój wir tak silnie, że … traciła poczucie czasu, a niekiedy również - poczucie pewnej ‘realności’. Ci, co ją znali wiedzieli jednak, że nie bez przyczyny Laura czasem „dzieli włos na czworo”.

- A niechże się Pani nie nerwuje … ja tylko tak sobie gadam, bo to człek – machnął, jakby niecierpliwie ręką – teroz nawet ni ma z kim pogadać, pośmiać się, tak zwyczajnie pobyć, czując bliskość drugiego człowieka. Ciepło jego ciała. A przecie my – ludzie, to zwierzenta stadne i nie możemy tak prawie na zawsze zamykać siem na innych. Ja wiem, Pani młoda, ładna … no – pokręcił z wyraźnym uznaniem głową – jest na co popatrzeć! Ale tylko tyle - uśmiechnął się niespodziewanie, a jego i tak już mętny wzrok stał się jeszcze bardziej nieobecny, jakby na jakieś wyjątkowo miłe wspomnienie. Jego rysy na te kilka ulotnych chwil złagodniały i wygładziły się, policzki nabrały zdrowego koloru i nawet te jego bezbarwne, prawie niewidzące dla siebie przyszłości oczy, zajaśniały jakimś blaskiem.

pamiętam
ciepło
Twojego ciała
na plecach

czuję
aksamit
Twojej skóry
pod opuszkami

przywołuję
wspomnienie
Twojej prośby
- więc przestaję …

… a to było takie miłe

- wyszeptał nieoczekiwanie, nie wiadomo w sumie do kogo.

Laura jednak niespecjalnie zwróciła na to uwagę, gdyż jej oczom ukazał się – jeszcze migotliwy – zarys pomarańczowego kajaka.
„Ufff …. Nareszcie!” – pomyślała i poczuła, jak jej ciało znowu się odpręża.

sobota, 15 czerwca 2019

Czy … aby na pewno?

Nie mogła sobie znaleźć miejsca. Odkąd wróciła z nieoczekiwanego spotkania z notariuszem, krążyła po mieszkaniu, jak przysłowiowy ‘lew po klatce’. Wreszcie ciężko opadła na swój ulubiony, ciemno-zielonym pluszem obity – fotel.


Zamknęła oczy, próbując się wyciszyć, a potem dopiero odtworzyć wspomnienie ostatnich trzech godzin. Musiała się przecież jakoś z tym uporać. Sama.

Nagle poczuła się tak przerażona, jak tylko może czuć się małe stworzonko, tracące pierwszą najbliższą mu osobę.
„Dlaczego żadna z Was nigdy nie porozmawiała o tym ze mną?” – pytanie, jak piłka na korcie odbijało się od ścianek czaszki, robiąc tym samym hałas trudny do wytrzymania. Sophie miała wrażenie, że jeszcze chwila, a jej głowa eksploduje z hukiem. Chyba, że wcześniej serce wyskoczy jej z piersi, tak szybko wybijało rytm. Odgięła głowę na oparcie fotela, co przyniosło nieoczekiwane ukojenie.
Czuła, jak powoli się uspokaja. Jak widać, warto było chodzić na zajęcia z technik relaksacyjnych, które jej firma – opluwana korpo – zafundowała pracownikom z okazji Dnia Dziecka. HaEry zaszalały w tym roku – ciekawe, jak udało im się uszczknąć jakieś fundusze z kieszeni prezesa. Ten nie był bowiem zbyt hojny. Co prawda, nie był też typem skąpca – musiał być jednak przekonany do jakiejś idei.

„Może sam zapragnął poczuć się znowu jak dziecko?” – pomyślała nagle. Sama nierzadko tęskniła do czasów, gdy mogła być małą dziewczynką poznającą z dziecięcą ufnością świat


... która nie musi martwić się o tzw. „trudy codzienności”.
Do godzin spędzanych na zabawach z dzieciakami z osiedla na świeżym powietrzu. Rety! Jak ich wtedy wiele rzeczy cieszyło. Znaleziony kawałek cegły rysujący asfalt - typowy dla blokowisk, na kolor czerwony. Szkiełko od butelki, z którego można było wyczarować coś, co stanowiło pewną tajemnicę. Skoszona trawa, którą starali się wspólnymi siłami jak najszybciej wysuszyć, aby skakać na usypane kopce, czy rozpocząć bitwę na pachnące sianem ‘pociski’. Wspólna, papierowa torebka, rozklejająca się od wody z ujęcia w parku, którą starali się umyć owoce, kupione ze spontanicznej zrzutki. I nierzadko jedna butelka oranżady na spółkę, która miała wtedy jakiś wyjątkowy smak.


Przesiadywali gdzie się dało – jak stadko nomadów, rozbijali swoje obozy to tu, to tam. Mieli kilka ulubionych miejsc i … - uśmiechnęła się delikatnie na to wspomnienie - nieraz uciekali przed jednym dozorcą, który przeganiał ich za każdym razem, gdy zajadali czereśnie. Mężczyzna był wyjątkowo czuły na punkcie pielęgnowanej przez siebie zieleni wokół budynku, a szczególnie na rabaty z kwiatami. Pestki, które potem znajdował niezwykle go irytowały. Ale co w tym mogło być dziwnego, jeśli urządzali zawody w pluciu na odległość lub pstrykaniu z nich?


Brakowało jej tych momentów autentycznego szczęścia, wynikającego z nieświadomości – braku wiedzy o zasadach stworzonych przez ten świat. A może raczej … braku zgody na ustalone normy. Przekonanie, że nie ma rzeczy niemożliwych, jeśli się chce. Taką prawdziwą wiarę ma się chyba tylko w tym właśnie wieku – dziecięcym.  W miarę upływu lat i kolejnych życiowych doświadczeń, jej poziom się niestety obniża. I nagle człowiek łapie się na tym, że na niewiele rzeczy ma wpływ. Pytanie, co zrobi z tą wiedzą …


„Mam porządny kapitał, posiadając takie wspomnienia z dzieciństwa” – refleksja, która nagle pojawiła się w myślach, odprężyła ją na chwilę. Zaraz jednak napłynęło skojarzenie z bajkami na dobranoc, które wymyślała dla niej mama. Lubiła słuchać tych opowieści. Do dziś jednak, traktowała je wyłącznie jako historyjki, tkane przez rodzicielkę na specjalne życzenie. Wiadomość o tym, że mogą być prawdziwe poruszyła ją bardziej, niż sądziła.

– Za dużo emocji mi ostatnio fundujesz, Szanowny Panie Losie – słowa, które chwilę wcześniej ledwo ukształtowały się w jej głowie, zmieniły swoją formę i sfrunęły z przygryzanych nerwowo warg. – Ale ok, podejmuję wyzwanie – dopowiedziała, odzyskując w jednej chwili jasność umysłu. Zerwała się z fotela i skierowała do łazienki. Musiała się odświeżyć i zmyć z siebie te wszystkie lęki, wątpliwości i lepkość ciała – czerwiec zdecydowanie popadł w narcyzm i podkreślał każdego dnia, że nie na darmo jest pierwszym miesiącem kalendarzowego lata.

                                                                               ***

Z przyzwyczajenia otworzył drzwi kluczem, który miał jej oddać na zawsze. „Na zawsze” – kiedyś oboje wierzyli w to stwierdzenie. A teraz nabrało zupełnie innego kontekstu. I to on zainicjował te zmiany. Teraz już nie był aż taki pewny swoich decyzji. A może to tylko kwestia odzwyczajenia się od życia, które do tej pory prowadził. Wspólnie z nią. Cicho zamknął drzwi, co w sumie nigdy mu się nie zdarzało, gdy byli razem. Wcześniej nie zwracał uwagi na takie rzeczy. A może po prostu teraz czuł się bardziej już jak gość, niż domownik. Nie pojawił się tu od dwóch miesięcy. Był ciekawy, czy coś zmieniła odkąd zabrał wreszcie wszystkie swoje rzeczy. Zdjął buty i równo ustawił je przy szafce na buty. Tego też nigdy wcześniej nie robił. „Chyba się starzeję” – pomyślał i uśmiechnął się do swoich myśli. Wiedział, że może sobie pozwolić na takie kpiarskie przytyki wobec siebie. Od wielu lat związany ze sportem, wciąż utrzymywał nienaganną sylwetkę, a ciemne naturalnie kręcące się włosy dopiero zaczynały ozdabiać pierwsze oznaki upływającego czasu. Szybko przestał się tym jednak martwić - codziennie obserwował, że te właśnie srebrne nitki robiły wrażenie na kobietach. Szczególnie tych młodszych.

Niewykluczone, że wszedł w taki wiek życia mężczyzny, w którym znowu silnie jest odczuwana potrzeba bycia w centrum uwagi. Uwielbiał łapać ukradkowo rzucane spojrzenia kobiet w różnym wieku, które dla niego były wystarczającym dowodem na to, że pozostał atrakcyjnym facetem. Przestało mu zależeć na znajomym widoku odbijającej się w zielonych, kocich tęczówkach Margo, prawdziwej miłości. Potrzebował doznań, adrenaliny, nowych wyzwań. W końcu był Artystą, mógł więc sobie na to pozwolić. Znajomy światek lokalnej bohemy i tak był mocno zdziwiony, że ich związek nie zakłóciła żadna pikantna historyjka, którą „Towarzystwo” mogłoby się zabawiać na kilku kolejnych większych spotkaniach w swoim gronie. Nie wiedzieli, że kobieta która stała się 21 lat wcześniej jego życiową Partnerką, ma w sobie tak wiele różnych twarzy. A co najważniejsze – z perspektywy czasu oceniając – były to wystarczająco odmienne i pobudzające jego wyobraźnię, oblicza erotyzmu. Większość strun tak naprawdę poruszył – jako pierwszy, właśnie on. Ta myśl nieoczekiwanie zelektryzowała go i wyrwała z zadumy, której się poddał. Z nową energią zaczął rozglądać się po mieszkaniu w poszukiwaniu swojej byłej partnerki.


Szum spływającej wody potwierdził, że ktoś – oprócz niego – przebywa aktualnie w mieszkaniu. Wiedział, że nie powinien tego robić, ale … w końcu poznał jej ciało tak dobrze, że nie stanowiło
dla niego już żadnej chyba tajemnicy. Złapał się na myśli, że od zawsze lubił na nią patrzeć, gdy przywdziewała strój Ewy. Trzeba było przyznać, że udało się jej zachować całkiem niezłą figurę, mimo upływających lat. Na tle swoich rówieśniczek, wyróżniała się kobiecymi kształtami i świeżością. Żony wspólnych, dotychczasowych znajomych dawno je utraciły. A Margo, nawet po obdarowaniu go w przeciągu niecałych trzech lat dwoma synami, umiała utrzymać sprężystość ruchów swojego dojrzałego ciała.

Nagle zapragnął ujrzeć ją znowu. Delikatnie nacisnął klamkę drzwi od łazienki. Przezroczyste ścianki kabiny prysznicowej, którą zlecił zamontować w czasach dawnej fascynacji swoją partnerką nie były w stanie ukryć nikogo, kto wszedł w ich przestrzeń. Postać stojąca pod prysznicem była odwrócona tyłem do niego, ale szybko zrozumiał, że to nagie ciało nie należy do Margo. Kobieta była młodsza i nieco szczuplejsza, o przyjemnie zaokrąglonych biodrach oraz lekko umięśnionych plecach i ramionach, z których pięła się ku górze niezwykle smukła, delikatna szyja, kończąc się całkiem kształtną czaszką. Z niezbyt długich, bardzo ciemnych włosów spływały kaskady kropli, by potem ruszyć niżej, powoli delektując się dotykiem skóry jej jędrnego ciała. Pomyślał, że wygląda tak, jakby często pływała. Niewykluczone, że tak było. Sposób, w jaki poruszała się reagując na strumienie płynące z góry sugerował, że kocha wodę.

Stracił poczucie czasu i nie miał pojęcia, jak długo stał urzeczony widokiem drugiej istoty, zanim jakiś impuls w głowie nie wzbudził refleksji, że zachowuje się teraz jak przeciętny podglądacz. Starał się trzymać starych, wpojonych jeszcze przez dziadka zasad, które wyznaczały trendy ... ‘dżentelmeństwa’ – jak mawiał żyjący wtedy nestor rodu. Nie mógł jednak się ruszyć. Niemal wrósł w terakotę łazienki. Widok nieznajomej – jej kocie ruchy, zahipnotyzował go. Obserwował więc dalej. Wyglądała tak, jakby tańczyła w ramionach Wodnego Mężczyzny. Poddawała się całkowicie jego dotykowi, a ten chyba co chwilę zmieniał temperaturę swoich pocałunków – sądząc po jej reakcjach. Krople spływały wodospadami górskich strumyków, znacząc jej skórę drobniutkimi szlakami, co inicjowało nowe dreszcze. Ewidentnie odczuwała rozkosz, brała ją niemal całymi garściami. Ten widok wywołał w jego ciele nagłe … poruszenie.

Już teraz nie miał żadnych skrupułów, aby dalej śledzić wzrokiem ponętne kobiece kształty. Jej dłonie błądziły po cielesnej powłoce, okrywając ją delikatną pianą - owocowego płynu do kąpieli. Ta zakrywała pewne części jej ciała, pobudzając dodatkowo wyobraźnię, wpatrzonego w nią mężczyzny. Niezbyt głośne kichnięcie wybudziło go ze snutych przed chwilą wizji, w których on w roli głównej … impuls, który przeszedł mu po karku nie był taki totalnie przypadkowy. Zupełnie niemęski rumieniec zawstydzenia reakcją swojego ciała, wypłynął mu na policzki i sprawił, że szybko wycofał się z łazienki.

Dobrze, że mieszkanie posiadało niezwykle przestronny taras z leżakami, który o tej porze gwarantował przyjemny chłodek. Coś w sam raz na ostudzenie emocji. Usiadł na jednym z nich, a potem zaciągnął się łapczywie dymem z papierosa. Przestał palić jakieś 10 lat temu, ale lubił niekiedy pozwalać sobie na „małego dymka”. Okazja nadarzała się sporadycznie, tak jak teraz. Obok leżaka bowiem, leżała paczka cienkich długich cygaretek, zapalniczka oraz popielniczka. Na stoliku stała także wysoka niebieska szklanka wypełniona plasterkami cytryny, pomarańczy, kostkami lodu i wodą. Machinalnie podniósł ją do ust i upił łyk.

„Hmmm … ktoś albo miał ciężki dzień, albo … „ – wymruczał do siebie, delektując się smakiem drinka. Podniósł szklankę ponownie do ust i łyk napoju znowu orzeźwił jego język i poruszył znacząco kubki smakowe. Starał się utrzymać napój jak najdłużej w ustach, aby tylko nieznacznie spływał mu dalej. Przymknął oczy czując, jak przyjemne ciepło delikatnie powleka jego ciało. Przyrządzony roztwór – skąd właściwie brało mu się to słownictwo? – był na serio niezły. Już miał po raz trzeci dotknąć wargami brzegu szklanki, gdy …

- Przepraszam, że przeszkadzam w degustacji mojego drinka – zabarwiony rozbawieniem głos wyrwał Igora ze świata, w którym aktualnie przebywał. Otworzył oczy i ujrzał w świetle żegnającego się słońca kobietę, której ruchy zrobiły na nim tak ogromne wrażenie, że musiał ochłonąć na tarasie. Ciemne źrenice ocieplał jakiś wewnętrzny blask. Coś, jakby rudawe ogniki przemykały po tęczówkach, a w kącikach pięknie wykrojonych ust – czaił się uśmiech. Zaledwie przed chwilą jej naga skóra, którą podziwiał w tajemnicy, była osłonięta pianą. Teraz natomiast okrywał ją puchaty szlafrok. Stała boso, a niezbyt długie włosy lśniły od wody. Materiał odsłaniał szczupłe, ale pięknie wymodelowane jakimś sportem – łydki. Paznokcie stóp miała pomalowane na kolor ciemnego, czerwonego wina, którym miał w zwyczaju delektować się podczas malowania. Machinalnie podniósł ponownie szklankę i upił kolejny łyk.
- Czyli muszę sobie zrobić kolejnego. Ach, ci mężczyźni … – kobieta odezwała się ponownie i znienacka zaśmiała się wesoło, jak psotna dziewczynka, po czym szybko zniknęła z jego pola widzenia. Zanim zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, już jej nie było.

„Kim jesteś, Piękna Istoto?” – tekst obliczony na podryw, tym razem miał zupełnie inny wydźwięk. Igor wraz ze zniknięciem kobiety poczuł się nagle niemal okradziony. W powietrzu jeszcze pozostał zapach jej szamponu i płynu do kąpieli, ale coraz szybciej wtapiał się w czerwcowy wieczór, otulony mgiełką … jaśminu? A może to ona pachniała jakimś kwieciem?


Zadumał się na moment i poczuł, że ma przemożną chęć powrotu do swojej pracowni. Zerwał się na równe nogi, dopijając jednym haustem drinka. Złapał w biegu klucze pozostawione w przedpokoju, wbił szybko stopy w miękkie mokasyny i rzucił się ku drzwiom.
Oczami wyobraźni widział już siebie stojącego przy sztalugach i z nieobecnym spojrzeniem – niemal w transie, gładzącego pędzlami rozpięte płótno. Nie miałby nic przeciwko późniejszym podobnym zabiegom wobec modelki, ale … tym razem musiał bazować na ukrytych pod powiekami – niknących coraz szybciej – powidokach nieznajomej, kobiecej postaci.

                                                                             ***

Sophie siedziała w kuchni, próbując odzyskać naturalny dla siebie, sposób oddychania. Nie było to jednak takie łatwe. Odzyskanie równowagi psychicznej było chyba nawet trudniejsze niż wtedy, gdy po powrocie do mieszkania obracała w myślach obrazy tego, co się przydarzyło jej w ciągu dnia.

Myślała, że nikt nie zrobi na niej już wrażenia. A na pewno nie uda się to byłemu partnerowi jej koleżanki – Margo. Igora trochę poznała z jej opowieści, które też trzeba było niemal prowokować. Starsza o 10 lat kobieta, którą poznała trzy lata temu na zjeździe absolwentów swojej uczelni, niechętnie dzieliła się informacjami ze swojego prywatnego świata. Sophie to rozumiała i szanowała. Sama nie miała ochoty zwierzać się nikomu z tego, jak upływało jej dotychczasowe życie. Była raczej ostrożna w informowaniu innych, szczególnie nowo poznanych ludzi o swoich doświadczeniach.

Co z tego bowiem, że nagle zaczęło się więcej mówić o prawach osób, mających trochę inną orientację seksualną. Wciąż jej związki z kobietami wzbudzały różne emocje u ludzi. Panie jej unikały, a mężczyźni niemal od razu fantazjowali o trójkątach, dając jasny przekaz, który można podsumować tak: 
„Maleńka, ja jestem w  stanie zaspokoić potrzeby nie tylko Twoje, ale i Twojej Dziewczyny”.

Czasem irytowało ją takie „samcze podejście”, a niekiedy zwyczajnie rozśmieszało. Ona sama była zupełnie obojętna na urok męskich ramion, pośladków oraz innych atrybutów ‘Prawdziwych Facetów’. Wolała podziwiać kobiece kształty, doświadczać delikatności i empatii – a tego na próżno było szukać wśród męskiej części ludzkiej populacji.
Z rozmyślań wyrwał ją dźwięk, zatrzaskujących się drzwi.

„Czy … aby na pewno tak zupełnie mogę być obojętna?” – zadała sobie po cichu pytanie.
A potem wyjęła zeszyt oprawiony zielonym materiałem i zaczęła pisać …

DOBRZE,

Przyjdę –
choćby i DZIŚ!
do Ciebie,
proszę Pana
Ale!

Chcę to zrobić
z samego rana
wtedy, gdy jestem
taka:
- zaspana
- potargana
- nieumalowana
i w zwykłą piżamę
nonszalancko odziana

Gdyż …
tak naprawdę to …
ja chcę
– tylko
przejrzeć się
w zwierciadle
Pana Duszy –

a pozostając
tak naturalna
jestem też
transparentna –
nie będę więc
specjalnie
Pana rozpraszać …

czwartek, 10 stycznia 2019

Perspektywa

Wytarła ręce i rozejrzała się po kuchni. Wyglądało na to, że nadszedł kres domowych obowiązków. Uśmiechnęła się do siebie. Miała taką wielką ochotę wrócić do książki, którą zaczęła wczoraj czytać. Oczami wyobraźni już widziała siebie w fotelu obok wysokiej lampy z abażurem, dającej takie cudne, ciepłe światło. Uwielbiała zasiadać na tym niezwykle wygodnym meblu, odziedziczonym kilka lat temu po ukochanym dziadku. A decyzja o renowacji starego fotela była chyba najlepszą w jej życiu. Już miała skierować swoje kroki do pokoju, gdy przypomniała sobie o pustej tubce pasty do zębów.

- Nieee … tylko nie to – Dorota jęknęła przeciągle. Wizja spokojnego wieczoru z książką zaczęła się powoli rozmywać. Tym razem nie było szans, aby ktoś ją wyręczył w zakupach. Powód był bardzo prozaiczny. Siedziała sama w domu. To była nawet dość niezwykła sytuacja przy modelu: 2 + 3.
„Choć może teraz już coraz częściej będzie się tak zdarzało” – zadumała się. Było to ze wszech miar możliwe, biorąc pod uwagę, że każda z jej pociech osiągnęła zaszczytne miano „nastolatka”, a mąż przesiadywał w firmie dłużej, niż wymagałaby tego zwykła w tym przypadku przyzwoitość.
„No, tak. Wszystko się zmienia” – westchnęła.

Spojrzała na zegarek. Całkiem gustownie wyglądał na jej nadgarstku. Pleciony pasek był może trochę za szeroki i dlatego zazwyczaj się zsuwał, miękko osiadając na tej części jej przedramienia. Wskazywał teraz godzinę 19.30. Dorota westchnęła po raz drugi i wsunęła stopy w wygodne klapki na koturnie.

„Trzeba przyznać, że faktycznie wysmuklają łydki” – z uznaniem zaczęła się przyglądać swoim nogom w wielkiej lustrzanej tafli szafy, stojącej przy drzwiach. – Dobrze, że jest ciepło i wystarczy jedynie założyć buty – powiedziała na głos, uśmiechając się po raz kolejny do swojego odbicia. Tym razem odpowiedział jej filuterny błysk w oczach postaci, której widok towarzyszył jej od urodzenia.
Przeszła przez próg, a potem odwróciła się, by zamknąć dom. Cudownie było mieć jakąś własną przestrzeń. Nawet jeśli był to „tylko” nieduży dom z małym ogródkiem i jedną wiśnią. Wszystko teraz wydawało się lepsze niż wtedy, gdy mieszkali w bloku. Życie sprawami sąsiadów zupełnie jej nie ekscytowało. Potrzebowała wręcz odrobiny prywatności. A teraz i tutaj właśnie ją miała. Razem z wyczekiwaną kiedyś z takim utęsknieniem … „chwilą dla siebie”.

Schowała klucze do niedużej torebki i żwawym krokiem ruszyła w stronę furtki. Po chwili zamykała ją na skobelek i mogła zrealizować wyznaczone sobie zadanie. Nie planowała wizyty w osiedlowej „sieciówce”, gdzie może i ceny były korzystniejsze, ale w zamian otrzymywało się całkiem sporą dawkę frustracji i dodatkowego stresu, stojąc w kolejkach. Zamykając drzwi, uświadomiła sobie jednak, że nie tylko tej pasty brakuje. I to przeważyło. Pomaszerowała więc „prosto w paszczę lwa”, zamiast do jakiegoś innego osiedlowego sklepu.

„Może o tej porze nie będzie tak wielu klientów? – pomyślała z nadzieją, wchodząc do środka. Postanowiła nie brać koszyka, by w ekspresowym tempie zebrać wszystkie potrzebne rzeczy ze sklepowych półek. Niestety nadzieja szybko prysła. A dokładnie w momencie, gdy chciała zapłacić za wybrane wiktuały.
Dorota rozejrzała się. Do najbliższych dwóch otwartych kas ogonek zblazowanych lub zirytowanych klientów był niepokojąco długi. Na szczęście jej wzrok zarejestrował jakiś mały ruch w oddali. Mając w rękach zaledwie kilka produktów, płynnie przepłynęła wśród półek w tamtą stronę. Tak! Miała rację. Do bocznej kasy stały zaledwie cztery osoby, a na ladzie już leżały produkty, które należały do dwóch pierwszych.

„Uff. Może nie będzie tak źle” – pomyślała, ale mimo wszystko czujnym okiem zlustrowała osoby stojące przy sąsiedniej kasie. Doszła jednak do wniosku, że lepiej jej tam nie będzie. Podobnie chyba sytuację oceniła jakaś nieznajoma starsza kobieta, która niespodziewanie wyskoczyła z sąsiedniej kolejki i stanęła jak gdyby nic za Dorotą.

- Tu chyba będzie szybciej – oznajmiła pewnym siebie, aczkolwiek lekko ochrypłym głosem wprost niemal w jej plecy.

- Tak pani sądzi? A po czym pani wnioskuje? – Dorota odwróciła się do starszej kobiety. Wrodzona ciekawość zwyciężyła. Zapytana na chwilę umilkła, po czym dopowiedziała szeptem suflera:

- Tutaj siedzi doświadczony pracownik. A tam … – znacząco zawiesiła głos – jakiś nowy chłopak, który nie wzbudza mojego zaufania – oznajmiła głosem znawcy.

- Jednak ten „nowy chłopak” całkiem dobrze sobie radzi. Wczoraj miałam okazję osobiście się o tym przekonać. A poza tym, droga pani … - Dorota nie wiedzieć czemu dostosowała sposób komunikacji do swojej rozmówczyni i teatralnie zawiesiła głos. Potem dodała cichutko – Widziałam na plakietce napis [ z-ca kierownika sklepu ] – dokończyła, czekając na reakcję kobiety. Szach!

- A tam … – starsza pani lekko machnęła ręką i lekceważąco się skrzywiła. – Ja tam swoje wiem. Tutaj będzie szybciej, bo tu jest doświadczony pracownik – powtórzyła i niemal wrosła w podłogę.

„Ale istotnym czynnikiem może się też okazać klient” – dodała w myślach Dorota z przerażeniem obserwując poczynania jakiejś młodej dziewczyny przy swojej kasie. Doświadczona kasjerka lekko znudzona czekała, aż otrzyma wyliczoną kwotę. A dziewczyna trzęsącymi się coraz bardziej rękoma próbowała znaleźć w swojej portmonetce odpowiednie monety. Dorota westchnęła już po raz trzeci w przeciągu ostatniej godziny. W tej samej chwili transakcja wreszcie doszła do skutku i rozdygotane dziewczę zgarnęło torbę ze swoimi zakupami i umknęło chyżo. Do rąk kasjerki podjechały rozłożone na całej niemal powierzchni taśmy zakupy kolejnej osoby.

- I co? Widzi pani jak szybko cyka te wszystkie rzeczy? Szast, prast i zaraz skończy – starsza pani znów przerwała nerwową ciszę przy kasach. Gdyby nie trzymane w prawej ręce zakupy, to może i nawet by zaklaskała, albo choć zatarła je z uczuciem zadowolenia.

- Aha … szkoda, że nagle coś zatrzymało ten płynny proces skanowania – Dorota nie mogła się powstrzymać i nie wiadomo po co kontynuowała ten dziwny dialog. Patrzyła jednocześnie na kolejną przesuwającą się do przodu osobę w sąsiedniej kolejce i zaczynała wątpić, czy dobrze oceniła sytuację. Niewykluczone, że gdyby zamieniła się z gadatliwą staruszką miejscami w kolejkach, to mogłaby już płacić za swoje niewielkie zakupy. Na szczęście wątpliwości odnośnie ceny jakiegoś produktu szybko się wyjaśniły i kolejna osoba odchodziła od jej kasy.

- A ja to sobie kupiłam takie kawałki sera – starsza pani już jawnie zwracała się do Doroty. – Nie powinnam jeść niczego przed dwudziestą, ale … ech, jakoś nie mogę sobie odmówić zjedzenia paru. Ten ser to wnuczek mi pokazał – dodała z dumą. – Kiedyś był ze mną tutaj na zakupach – pochwaliła się jeszcze raz i potoczyła wzrokiem po osobach ze swojej kolejki.

- O! – Dorota, choć obiecała sobie już nie zabierać głosu, nie była w stanie powstrzymać się od reakcji. – A w jaki sposób pani go konsumuje? Kroi pani w plastry, czy może w słupki i tak sobie je podjada z talerzyka lub miseczki? – Dorota już miała przed oczami obraz samej siebie wgryzającej się w ser.

- No, co też pani … – babcia wnuka odkrywającego smaki,wydawała się lekko urażona. Następnie sięgnęła do trzymanej w dłoni torebki. – Proszę zobaczyć – podsunęła Dorocie opakowanie foliowe z czymś jasnożółtym w środku.

- Ach! Teraz rozumiem. To takie ruloniki są jakby, tak? – Dorota próbowała dojrzeć, co kryje się pod plastikiem.

- Ruloniki?! Też coś. Paluszki! droga pani. Paluszki. A dokładniej rzecz ujmując: paluszki serowe. Bardzo smaczne zresztą.  Ojejku, ja wiem, że od ósmej już nie powinnam jeść – kobieta nerwowo przestępowała z nogi na nogę i robiła lekko żałosną minę.

- Oj, czasem można sobie pofolgować – Dorota próbowała zbagatelizować potencjalny problem.

- Może i tak. Ale czy to wypada w moim wieku tak sobie dogadzać? – starsza pani była w prawdziwej rozterce, a jej lekko pomarszczone policzki powolutku pokrywały się delikatną czerwienią.

- W pani wieku znowu! wiele rzeczy wypada – odezwała się niespodziewanie jakaś inna starsza kobieta, która dołączyła do ich kolejki. – I to jest bardzo dobra wiadomość. I dla pani i dla mnie – puściła oczko do Doroty, a w jej niesamowicie zielonych oczach na sekundę pojawił się jakiś ognik.

- Tak pani myśli? – Starsza pani z nadzieją zwróciła do nieznajomej.

- Jestem o tym przekonana – kobieta pomachała tabliczką czekolady z uśmiechem na ustach.

- Do widzenia i smacznego życzę – Dorota zwróciła się po raz ostatni do starszej pani, po czym raźnym krokiem ruszyła w stronę drzwi wyjściowych. Te otworzyły się jakby za sprawą magicznego zaklęcia. – Dziękuję bardzo – Dorota kiwnęła przyjaźnie głową jakiemuś obcemu mężczyźnie, który je dla niej przytrzymał.
„Jeszcze tylko parę kroków i wskoczę na swój fotel” – Dorota delektowała się tą myślą, wracając do domu. Tak się na niej skupiła, że w ostatniej chwili dostrzegła postać, która nagle wyrosła przed nią i grubym głosem zapytała:

- Ma pani ogień?

- Przepraszam, ale rodzice zabraniają mi rozmawiać z nieznajomymi – Dorota już wymijała obcego mężczyznę, który jeszcze dłuższą chwilę stał z otwartymi ze zdumienia ustami.

– Ale, ja chciałem tylko pożyczyć zapalniczkę. Nie chciałem wcale o niczym rozmawiać – wyjąkał wreszcie, ale Dorota oczywiście już  tego nie słyszała. Do jej uszu natomiast dotarł zupełnie inny dźwięk.

- Mamo, gdzie znowu byłaś? Stoję tu i czekam i czekam i czekam … - najmłodsza latorośl stała przy furtce i podobnie jak ona w sklepie, zawiesiła teatralnie głos. – Już całe trzy minuty – dziecię całkiem bezczelnie wyszczerzyło zęby w krzywym uśmiechu.

- Moja noga tak szybko tam nie postanie – Dorocie udało się wyartykułować jedynie te słowa, bo pociecha już przerywała jej wypowiedź w pół zdania:

- Stop! Nic więcej nie mów. Znowu miałaś jakąś przygodę. Mamo, nie chcę cię martwić, ale … – dziecię wydawało się trochę jakby zawstydzone – ty chyba jednak przyciągasz do siebie dziwnych ludzi. Ale czemu się dziwić. Sama też jesteś odrobinę dziwna – potomek bywał bezkompromisowy w wyrażaniu swoich opinii. „Mam nadzieję, że tego się nie dziedziczy”– zamyśliło się dziecię i ledwo klucz oznajmił, że zamek w drzwiach nie jest przeszkodą, wystrzeliło do swojego pokoju na poddaszu.

„Hmm…” – do Doroty powoli docierał sens wypowiedzianych przed momentem słów dziecka. I nagle zaczęła chichotać. Najpierw cichutko, potem głośniej, aż wreszcie śmiech odbijał się echem od wszystkich ścian pokoju. A gdy już spokojnie przysiadł na ustach, poczuła się lekko i zwiewnie.
A potem już nie zwlekała dłużej. Umyła ręce, przygotowała sobie zieloną herbatę i umościła się na swoim ulubionym fotelu, w świetle opiekuńczej lampy z abażurem i książką. Odpłynęła w inny świat.

A może tylko spojrzała na niego z innej perspektywy …




niedziela, 30 grudnia 2018

Dzień 364

Paczka zionęła pustką. Marnie to wyglądało. Samotność nie zachęcała do tego, aby w wolny dzień cokolwiek zrobić. Wziąć prysznic. Umyć zęby. Doprowadzić włosy do ładu. Powinna je znowu skrócić, bo przestały słuchać jej nakazów. Stacja była na szczęście blisko. Pora obiadowa, więc może żaden z sąsiadów nie zauważy, jak nisko upadła. Nieumalowana i nieumyta wychodzi z domu. Fuj!
Miała to gdzieś. Dziś był Dzień Buntu. Piąty dzień urlopu, który musiała spędzić w domu. Kiedyś by się cieszyła. To by oznaczało same przyjemności. Z Pawłem wszystko jawiło się jako „przyjemność”.

„O czym ja w ogóle myślę. Minęło pół roku i nie ma co wracać do przeszłości” – pogroziła sobie palcem, rzucając ostatnie spojrzenie w lustro wiszące przy drzwiach. „Ostatni LOOK” – jak mawiał Paweł w czasach, gdy byli razem. Fascynowało ją w jakiś sposób to, że taką uwagę przykłada do swojego wyglądu. Uwielbiał wyglądać elegancko i niemała kasa z jego pensji była zostawiana w markowych sklepach. Był chyba jedynym facetem z jej otoczenia, który wiedział co naprawdę oznacza kolor seledynowy, bądź karminowy. I nie wynikało to absolutnie z faktu, że był malarzem. O, co to, to nie. Daleko mu było do odczuwania jakiejś artystycznej pasji. Owszem, lubił pokazać się na kulturalnych imprezach. Jako dziennikarz często był zresztą na nie zapraszany, niekiedy nawet jako gość honorowy. Liczono bowiem wtedy na jakiś większy rozgłos. I nie było aż tak istotne, w jaki sposób zostanie wydarzenie przedstawione. Teksty Pawła bowiem bywały uszczypliwe i kpiarskie. Jakby chciał bawić się w jakiego krytyka, którym tak naprawdę nie był. No może tylko w tym złym znaczeniu, bo lubił okazywać niezadowolenie. Jak gdyby dzień bez grymasu był dniem straconym. Jakby należało „wyrobić dzienną normę” fochów. Czasem z nadwyżką.

„W takim razie chyba dobrze, że jesteś sama” – podpowiedziało usłużnie poczucie wiary w siebie. Jeszcze wciąż nie było aż tak silne, ale powoli odbudowywało swoją wcześniejszą potęgę.

- Tak, zdecydowanie lepsze jest to, co teraz – wypowiedziała głośno, zamykając kluczem drzwi.

Na stację wkroczyła pewnym krokiem. Pracownicy ciągle się zmieniali, więc była szansa, że nie spotka żadnego, który widział ją w zdecydowanie lepszych momentach życia. Pozostawała jeszcze nadzieja, że tym razem trafi na mieszany skład i będzie mogła podejść do stanowiska jakiejś kobiety. Tej w sumie – poza nieznacznym grymasem zrozumienia lub współczucia – nie obchodziło, jak wygląda.
I była. Tyle, że zajęta jakimś klientem.

- Zapraszam do mnie – młody mężczyzna przyjaźnie pokiwał do niej dłonią.

„No i masz” – westchnęła w duchu i krokiem skazańca powlokła się do lady. Rzuciła okiem na ścianę papierosów za jego plecami.

- Poproszę … - wymówiła szybko nazwę swoich ulubionych cienkich papierosów z dodatkiem miętowej w założeniu kulki smakowej.

- Przykro mi, ale nie ma – sprzedawca był wyraźnie poruszony, że nie może sprostać życzeniu klientki. – Mam jednak takie … - i zaczął w skupieniu wyliczać te marki, które były zbliżone formą.

- Ale to ‘shit’ – wyrwało się z jej ust, zanim pomyślała, że taka szczera reakcja może w jakiś sposób zranić obsługę. – To … ja to muszę przemyśleć. To niezwykle ważna decyzja – plątała się w coraz bardziej idiotycznych słowach.

Mężczyzna pokiwał ze zrozumieniem głową. W ogóle nie wydawał się zniecierpliwiony, ani urażony zachowaniem obcej sobie, nieumalowanej kobiety. Nie była brzydka. Była tylko … mocno poranna. Spojrzał na zegarek. No, może z tą „porannością” trochę przesadził. Była prawie dwunasta w południe. Wydawała się jednak jakaś nieobecna duchem. Jakby przybyła z innego wymiaru i z trudem odnajdywała się w tej rzeczywistości.

- To może w takim razie wezmę te – wskazała palcem na papierosy w cienkim długim opakowaniu.

- Bez kulki, tak? – upewnił się sprzedawca, sięgając po paczkę.

- Nie, te trochę dalej, w bardziej ekspresyjnym kolorze – pokazała mu tą, która przyciągnęła jej wzrok.

- Ale te są grube. Długie, ale grube – mężczyzna z troską przyglądał się jej, czekając na decyzję. Zupełnie nie wiedział, dlaczego aż tak zależy mu na tym, aby kobieta wyszła zadowolona z zakupu. Lepiej w końcu, żeby rzuciła palenie. Może w takim razie powinien ją okłamać i tym samym sprawić, że z wściekłości przestanie kopcić? Bo jak coś nie smakuje, to się tego nie używa przecież.

- Grube? O nie, dziękuję w takim razie. Takiego wyzwania to nie podejmę – roześmiała się nagle, a w jej oczach zatańczyły iskierki rozbawienia. I nagle zgasły. – A ma pan jeszcze jakąś dobrą zapalniczkę?

- Tak, oczywiście. Mamy takiej i takiej firmy – podszedł do stojaczka z akcesoriami, aby przeczytać dokładnie nazwy.

- To może ta druga – chciała szybko podjąć decyzję, bo nagle uświadomiła sobie, że strasznie długo już marudzi. Obok zmieniali się ludzie. Jedni odchodzili załatwiając szybko własną sprawę, inni dopiero zamierzali to zrobić. A ona blokowała jedno stanowisko swoimi kaprysami.

- A mniejsza, czy większa? Bo mamy i takie i takie – mężczyzna najwyraźniej dobrze się bawił. – Ale moim zdaniem ta mniejsza się nie opłaca – podszedł do lady i pokazał jej zapalniczkę.

- Taka mała? Ja bym chciała przynajmniej taką – wyjęła z kieszeni tą, która wiernie jej służyła od jakiegoś czasu. Dostała ją kiedyś w nagrodę za kupno określonej marki papierosów. I była z niej bardzo zadowolona.

- To właśnie ta większa jest dokładnie taka, jaką pani ma teraz – mężczyzna ucieszył się i pognał znowu w stronę stojaczka. Chwilę trwało, aż wrócił.

- Ja to pana podziwiam – odezwała się z uczuciem i szczerością w spojrzeniu. – Stoję tu i wybrzydzam, a pan jeszcze daje mi możliwość wyboru koloru i motywu na zapalniczce? Odważny z pana człowiek – dopowiedziała i oboje zaczęli się śmiać. Na stacji przez chwilę jakby zrobiło się jaśniej. – Dziękuję

- Zawsze do usług. Wspaniałego Nowego Roku pani życzę – dodał jeszcze z uśmiechem i delikatnie podniósł dłoń w geście pożegnania. Omiotło go jeszcze subtelne spojrzenie nieznajomej. Westchnął.

- Artyści – przy stanowisku obok koleżanka mężczyzny od paru chwil obserwowała całe zajście.